Dziennik z trasy

Rady dla początkujących

Indie mniej znane, relacja z podróży część II

Indie mniej znane  (marzec 2012)- część II

Tekst i zdjęcia: Paweł Krzyk

Jestem w środkowej części południowych Indii, w Mysore , inna nazwa Maisuru (Majsur), stolicy stanu Karnataka. Wieczorem spacer po centrum w kierunku pałacu Maharadży, i trafiliśmy na hindusko- języczną  godzinną imprezę światło i dźwięk. Nudna dla osób nieznających języka, anie można było zasnąć, bo za duży hałas. Na koniec ładna iluminacja całego pałacu.
18-19  marca. O godzinie 10.00 kupujemy bilety wstępu za 200 Rs  (miejscowi 20 Rs) i oglądamy pałac wybudowany w końcu XIX wieku przez Brytyjczyków dla uległego im maharadży.
Ładny duży pałac w stylu ogólno- indyjskim. Niestety zakaz filmowania wewnątrz. Na dużym terenie pałacowym  znajduje się także kilka świątyń hinduskich.

Wracamy do hotelu i o 18.00 ruszamy trzema środkami lokomocji, w ponad 19 godzinną po-dróż z Mysore do Kanyakumari, najdalej na południe wysuniętego miejsca Półwyspu Indyjskiego. Najpierw było to ponad 16 godzin pociągiem  II klasy z miejscami do leżenia, potem pociąg zwykły  za 4 Rs (!!!) ok.30 minut, oraz na koniec  wynajęty samochód osobowy (ok.2 godziny).Nareszcie na miejscu i na po południowym spacerze widzimy latarnię morską na końcu subkontynentu indyjskiego,  i jednocześnie miejsce styku trzech dużych akwenów morskich. Stojąc na kontynencie i patrząc od lewej są to: Zatoka Bengalska, Ocean Indyjski
i Morze Arabskie. Ładne widokowo miejsce z kilkoma miejscami kultu.  Zwiedzamy budynek pomnika Mahatmy Gandiego, który zbudowano w miejscu rozsypania jego prochów,
oraz pobliską świątynię Kumari Amman, poświęconą dziewiczej bogini Shaktii Peetha . Tutaj mężczyźni mogą wejść wyłącznie bez odzieży od pasa w górę.  Nocleg w Kanyakumari .

20 marca. Od godz. 7,15 stoimy w długiej kolejce do promu przewożącego wiernych
i turystów  do zlokalizowanych tuż przy brzegu dwóch skalistych wysepek. Promy przybijają
do lewej wysepki z zbudowanym tutaj w 1970 r. Vivekananda Rock Memorial  (dwie małe świątynie hinduskie). Wraz z nami podróżuje liczny wielobarwny tłum wiernych.  Z wysepki jest widok na cały rejon miasta Kanyakumari , w tym mały port rybacki, i duży zbudowany
w gotyckim stylu, kościół katolicki Matki Boskiej Miłosiernej.

Kilka km na północny zachód w Suchindram, znajduje się Świątynia Sthanumalayan. Posiada bardzo misternie rzeźbioną wieżę nad bramą wejściową. Wewnątrz dużo kolumn i droga  między nimi,  wokół centralnego miejsca kultu. Jest poświęcona wielkiej trójcy z panteonu hinduskiego: Brahmie, Wisznu i Shiwie, i znana jest z: napisów z IX wieku, grających kolumn, oraz 6 metrowego posągu boga małp Hanumana. Zakaz fotografowania, oraz mężczyźni muszą obnażyć torsy od pasa w górę. Kilka km dalej, kolejna mała świątynia,  nie wyróżniająca się z gromady innych, może poza postacią wielogłowej kobry. Następne miejsce Udayagiri Fort, był królewską odlewnią armat. Obecnie jest to otoczony murami park,
i malutkie zaniedbane zoo. 17- wieczny Pałac Padma-nabhapuram jest oddalony 47 km
od Kanyakumari. Był siedzibą królów Travancore i jest zachowany w dobrym stanie. Zwiedza się go przez ok. godzinę  spacerując wyznaczonymi drogami. Przy wejściu małe muzeum archeologiczne.

Po południu kurort Kovalam ze swoimi wysokimi skałami nadmorskimi, i piaszczystymi plażami pomiędzy nimi. Nasz hotelik tuż obok latarni morskiej, jest przylepiony do skał,  kilkanaście metrów nad dużymi falami, rozbijającymi się z hukiem o brzeg. Nazywa się „Mini House” Guest House. Ładne miejsce z pięknym widokiem, z tarasu pokoju i restauracyjki, choć nieco głośne, zwłaszcza w nocy.  Po południu spacer po głównych plażach Kovalam, z piwkiem i małym
co nieco, w restauracyjce na plaży. Wieczorem: oceaniczne fale huczące niczym pociąg
w tunelu, błyskająca swoimi lampami latarnia morska, tłumek „białasów” w restauracyjkach, przed którymi leżą oferowane w nich ryby i owoce morza, od takich wielkości dłoni, do prawie 2-metrowych np. barrakud. Siedzimy na tarasie, pod spodem fale, a na horyzoncie linia świateł z poławiających nocą łodzi rybackich. Wszystko „cacy”, tylko dlaczego się topię,
i ciuchy mam przylepione do ciała?
21 marca. Cały dzień plaże. Do południa chcemy zobaczyć wszystkie dostępne piechotą. Najpierw z lewej strony latarni morskiej, z stromym zejściem w dół. Mała typu hotelowego, ciepło ponad 30 st.C. Przypływ oceaniczny z falami ok. 4 metrowymi podmywa leżaki. Teraz
w prawo od latarni. I tu trochę historii: jestem na tej plaży po raz drugi. 11 lat wcześniej na tej plaży, zlokalizowana wokół rybacka wioska, poławiała w morzu sieciami z brzegu. Wtedy kilka godzin obserwowałem to niezwykłe wieloosobowe przedsięwzięcie, dające pożywienie kilkuset osobom. Od wyciągnięcia w morze małymi łódeczkami wielkich sieci, zaganianiu ryb do zagrodzonej sieciami wody, wyciągnięciu ich przez kilkaset osób, po sprzedaż, i podział ryb
i rybek pomiędzy pracujących. Wokół tej plaży na krawędzi plaży i skał, tylko kryte palmowymi liśćmi  parterowe restauracyjki, wieczorem oferujące wcześniej kupione na plaży ryby.
Obecnie zastałem kurort jakich wiele w innych miejscach. Plaża z leżakami i parasolkami
za opłatą, deptak ze sklepami, restauracjami  i hotelami, przy nim, i w głąb dalej od plaży.
Następna plaża tuż obok, dawniej bezludna, obecnie trochę przypomina zapamiętane wcześniej widoki. Teraz są tutaj łodzie rybackie: małe 2-osobowe oraz wieloosobowe
do nocnych połowów morskich. Przypływają ok. 8.00 rano, i są ręcznie wyciągane przez kilkadziesiąt osób z wody (!!!).

Z zainteresowaniem obserwowałem jak na dużej 5- 6 metrowej fali, radziły sobie z przybiciem do brzegu, te 2-osobowe maluchy. Łódka składa się z 4 podłużnych drewnianych ociosanych belek, zbitych na końcach, i posiadających w środku, rząd poprawiających wyporność
na wodzie kawałków styropianu. Dwóch drobnych żylastych rybaków wiosłuje ok. metrowymi kawałkami bambusowych desek. Owocem całonocnej pracy jak oceniłem „na oko”: 8- 10 kg małych 10-15 cm rybek.
Dalszy spacer i po ok. kilometrze drogą przybrzeżną, z kilkoma hotelami, jeszcze jedna plaża. Tutaj także rybacy, układający sieci i przygotowujący się do kolejnej nocy na Oceanie Indyjskim, a w zasadzie już na Morzu Arabskim. Obowiązuje także nazwa Morze Lakshadweep (Lakkadiwskie). Różnica niewielka, tylko w nazwie ponieważ niebezpieczeństwa, i duże fale oceaniczne,  są takie same .
Fale wyrzucają na brzeg ok.10 cm kraby, które próbują uciekać z powrotem, lub pokazują jak dobrymi są kopaczami swoich norek. Wracamy z powrotem na lunch na główną plażę . Ryba kingfish z gotowanymi warzywami, i piwem za 410 Rs. Wydawałoby się dużo w rupiach,
ale to tylko 8 USD, za naprawdę obfity posiłek. Do końca dnia opalamy się i próbujemy nie dać się przewrócić falom. Woda ma ok.28 st.C.

W drodze do hotelu dostaję przez Internet wiadomość, o otrzymaniu specjalnego pozwolenia, na odwiedzenie Archipelagu Lakkadiwów (ind. Lakshadwwep). Jest super!!! Starałem się o nie od 2 tygodni, poprzez indyjskie biuro w Delhi (Lashadwwep Tourist Office). W Polsce załatwienie tego jest niemożliwe. Obcokrajowców ale i tubylców, nie wpuszcza się na ten archipelag bez  zezwolenia. Ostatnia kolacja i krótka noc w Kovalam .
 22- 26 marca. W nocy o 3.30 ruszam taksówką (za 500 Rs) do Trivandrum na lotnisko,
i tam o 6.00 odlatuję, z przesiadką w Kochin na  Agatti, jedynej wyspy z lotniskiem na  Lakszadwwep. O  pobycie tam czytaj na stronie: Archipelag Lakkadiwów (Lakshadweep).
27 marca. Wczoraj wieczorem wróciłem do Kochin pięcioma środkami lokomocji, z tego półdzikiego raju kokosów i szmaragdowej wody. Już tu  byłem parę lat temu. Krótki spacer
z zaglądnięciem do Bazyliki, i na plac, w pobliżu Kościoła św.Franciszka. Starówka także stała się bardziej turystyczną, oraz obrosła sklepikami z drogimi pamiątkami. Dużo turystów. Nocleg w zarezerwowanym pokoiku.

Czekając na autobus w Fort Kochi, obserwowałem połowy ryb, przy pomocy chińskich sieci. Jest to rodzaj dużego kwadratowego  saka z sieci, zanurzanego w wodzie na dno, przy pomocy przedziwnego systemu drewnianych belek,
i przeciwwagi. Jest podobny do znanego z polskiej dawnej wsi, żurawia studziennego, choć jest od niego znacznie większy.
Po kilku- kilkunastu minutach siać jest podnoszona z rybkami, które miały pecha znaleźć się ponad siatką. Po wyjęciu sieci
z wody następuje rywalizacja rybaków z ptakami, kto szybciej dobierze się do połowu. Niestety nie miałem już czasu,
na wejście do głównych zabytków Kochin: starego  w/w Kościoła św. Franciszka, i żydowskiej historycznej synagogi.
Dzisiaj  prawie 2- godzinna jazda 45 km z starego Kochin
na lotnisko i wylot do Delhi, przez Hyderabad. Wieczorem znowu chodzę, po sklepikach  bazaru na Pachargandj.

28 marca. Wyprawa dobiega końca. Dzisiaj wyjazd z dworca kolejowego w Delhi, do Amritsar, prawie 500 km na północ do krainy Sikhów ( stan Pendżab). I tu przestroga dla turysty. Na dworcu działa zorganizowana grupa naciągaczy, która nieświadomych turystów zmusza do dodatkowych opłat za bilety kolejowe. Miałem bilet elektroniczny. Oszuści udają urzędników kolejowych sprawdzając bilety wewnątrz dworca. Widząc bilet niekupiony w kasie dworca, mówią że ten bilet nie jest ważny,
i wysyłają do agencji,  która musi wydrukować inny bilet. Taxi tuż obok już stoi. W tej agencji mówią, że już za późno, bo na 2 godziny przed odjazdem nie można nic zmienić. Po powrocie na dworzec idziemy do kasy dworca, i tu przed podejściem do kasy, inny urzędnik pyta
w czym problem. Proponuje odwiedzić inną kasę biletową po drugiej stronie ulicy. Tam mówią, że nasze miejsca są już sprzedane, ale są miejsca w 1-ej klasie- za kwotę wyższą o 1000 Rs. W ten sposób mają po 20 USD na każdym bilecie. Wniosek: rozmawiać tylko z takimi osobami, co do których mamy pewność kim są. Trudno, podróż do Amritsar była nieco droższa.
Rikszą rowerową jedziemy do Złotej Świątyni, zwanej także Harimandir Sahib (w języku pendżabskim). Po wejściu jesteśmy nakarmieni hinduskim potrawami (głównie dal i ciapaty). Wokół niesamowita atmosfera i obserwowanie  tej ogromnej operacji, karmienia codziennie 18 tysięcy wiernych.

Spacer dookoła świętego jeziora, na środku którego złoci się główna świątynia . Jesteśmy jedynymi białymi turystami. Sikhowie piją świętą wodę, dokonują w niej rytualnego mycia się. Późnym popołudniem ustawiają się w łańcuszek, i wodą z jeziora myją świątynię. Wczesnym rankiem ok.4.00 i  wieczorem ok.21.30, święte księgi czytane w ciągu dnia, są uroczyście przenoszone do świątyni. Sikhowie są bardzo przyjaźni,  i z zainteresowaniem nas obserwują.  Wracamy z powrotem wieczorem- piękna iluminacja całego terenu, i uroczystość wieczornej modlitwy. Miasto zaniedbane, a patrząc na historyczne  frontony budynków  w uliczkach wokół, chyba pamiętające lepsze czasy .

W nocy powrót pociągiem sypialnym do Delhi, a po całodziennym zwiedzaniu bazarów, sklepików, i kupowaniu prezentów, wieczorem przez Wiedeń odlatuję do domu. Zapraszam do przeczytania relacji z początku wyprawy na „Indie mniej znane cz.I”, oraz „Archipelag Andamanów i Nikobarów”. Oferuję także film z tej wyprawy.