Dziennik z trasy

Rady dla początkujących

Erytrea : Relacje z podrózy

Spis treści

Erytrea, relacja z podróży

Dodano: 01-11-2017

 

Erytrea, relacja z podróży.

Tekst i foto: Paweł Krzyk

Afryka! Niektórzy w takt piosenki powiedzą „Afryka dzika”. Sądzę podobnie, że dawno odkryta, ale… Akuratnie to „ale”, mnie ciągnie tutaj po raz kolejny. Mógłbym w tym miejscu wymienić wiele komunałów- wszystkie będą prawdziwe w zależności od kraju, do którego je odniesiemy. Przede wszystkim Afryka jest ogromna i niezwykle zróżnicowana.

Z wyjątkiem kilkunastu wysp na Pacyfiku, właśnie w Afryce czasami czuję się jak odkrywca.

– Idiota, pieprzy od rzeczy!- ktoś powie. Ale powiedz mi czytelniku tej relacji:

– jak mam nazwać odczucie, kiedy jako turysta jestem sam w danym kraju?

– Gdzie wielokrotnie spotykam się z czymś takim: stoję sobie spokojnie w jakimś sklepiku czy barze ulicznym, podchodzi dzieciak w wieku przedszkolnym i próbuje zmazywać swoimi paluszkami tę „biała farbę” z mojej dłoni! To zachowanie jak za czasów… Livingstona?

Wcale nie żartuję- w kilku afrykańskich krajach się z tym zetknąłem. Ostatnio w Asmarze, stolicy Erytrei.

Kraj to trudny do odwiedzenia gdyż na samą wizę poczekasz  miesiąc w berlińskiej Ambasadzie Erytrei. Erytrea jest specyficznym zakątkiem Afryki, odizolowanym od reszty regionu- nazywanego Rogiem Afryki. Granice lądowe są bowiem zamknięte, ze względu na występujące napięcia polityczne pomiędzy: Erytreą a Etiopią, Erytreą a Dżibuti i Erytreą a Sudanem, oraz – co się z tym wiąże – dużą koncentrację wojsk na pograniczu. Jedyną dostępną drogą są połączenia  lotnicze,

– „niezła klatka” o wielkości ponad trzeciej części naszego kraju!

Żeby zbytnio nie zagłębiać się w politykę, jest to kraj dziwny, który wymaga od każdego turysty uzyskania specjalnego zezwolenia (Turist permit), aby móc wyruszyć dokądkolwiek poza stolicę. Wprawdzie można ten glejt otrzymać bez większych problemów, ale zawsze sam fakt wystąpienia takich formalności coś mówi.

Przed przyjazdem przeczytałem, że wielu młodych czarnoskórych Afrykańczyków szturmujących wszelkie „wrota” do Europy, pochodzi z Erytrei. Od czasu obalenia libijskiego dyktatora, tysiące Erytrejczyków przemierza Saharę i Morze Śródziemne do Europy. W 2015 roku do Europy dostało się około pięćdziesięciu tysięcy Erytrejczyków. Do czerwca 2016 roku niemal wszyscy uciekinierzy erytrejscy otrzymali status uchodźców politycznych.

– Dlaczego?

Otóż to państwo o ponad sześciomilionowej populacji stosuje na masową skalę praktykę niewolniczej służby w armii. Niby nic specjalnie dziwnego, ale…

-zgadnij na jak długo?- Aż dwadzieścia lat!

Po ukończeniu szkół (zwykle około dwudziestego roku życia) mężczyźni obowiązkowo są wcielani do wojska. Prócz tego można powołać każdą niezamężną kobietę. Oprócz wojska można być skierowanym bezterminowo do cywilnej pracy w dowolnym miejscu kraju. Zresztą nie tylko w kraju, ponieważ w czasie walk w Somalii Erytrea wysłała kilkutysięczny kontyngent wojskowy wspierający jedną ze stron konfliktu. Z tego też powodu ONZ nałożyła w 2009 roku na Erytreę sankcje gospodarcze. Przemieszczanie się wewnątrz kraju oraz wyjazd za granicę, jest możliwy dopiero po odsłużeniu wojska. Według działaczy praw człowieka, Erytrea jest państwem totalitarnym – pod tym względem… na 179 miejscu w rankingu „Reporterów bez Granic”.

Wciśniętą w narożnik Afryki Erytreę, cechuje silne poczucie narodowej tożsamości. W jego ciasnych granicach mieszczą się zarówno spalone słońcem pustynie, jak i żyzne wyżyny i wysuszone równiny. Bogactwo i piękno kraju nie umknęły uwadze świata i Erytrea na ponad pięćdziesiąt lat stała się włoską kolonią. Czas kolonialny przeminął wraz z zakończeniem się drugiej wojny światowej. Erytreą targały jednak wojny aż do czasów obecnych.  Najpierw związane z detronizacją cesarza Hajle Sellasje, potem wewnętrzne z rządem marksistowskim, wreszcie z Etiopią o niepodległość- niepodległe państwo powstało w 1993 roku.

Po ustanowieniu niepodległości w Erytrei powołano rząd przejściowy na cztery lata. Prezydentem nowego państwa został Isajas Afewerki, który… rządzi do dzisiaj.

W 1998 roku wybuchła wojna z Etiopią o przebieg granicy odziedziczonej po epoce kolonialnej. Po dwóch latach krwawej jatki  podpisano porozumienie pokojowe a strony oddzielono żołnierzami ONZ.

I dalej pokrótce:

– planowane na 2001 rok wybory parlamentarne bezterminowo odroczono…, –

– konstytucja nie weszła w życie,

– parlament ostatnio zebrał się w 2002 roku

– a ostatni zagraniczny korespondent został wydalony z Erytrei w roku 2006.

W 2008 roku miał miejsce konflikt graniczny między Dżibuti i Erytreą, który pozostał nierozstrzygnięty. Ostatnie starcie zbrojne miało miejsce w 2010 roku z Etiopią.

Obecnie jest spokojnie i akurat ten czas wykorzystałem, aby tutaj przyjechać. Wbrew temu co mogłoby się wydawać po powyższym opisie, uważam ten kraj za bezpieczny dla rozważnego turysty. Bezpieczny dla takiego podróżnika, który będzie zajmował się wyłącznie turystyką, nie ujawniał sympatii politycznych w stosunku do graniczących z Erytreą państw oraz  nie zbliżał się do jej granic.

Przyjazd do Erytrei rozpoczął się przygodą w czasie dolotu. Podczas przesiadki na lotnisku w niemieckim Dusseldorfie okazało się, że mojego kolejnego lotu nie ma.

-„Kuna”, po prostu nie ma w spisie! Zniknął jak kamfora, wskutek zamknięcia lotniska w Erbil- stolicy irackiego Kurdystanu. Ja nie otrzymałem żadnej informacji…

– Cóż było robić?

Musiałem zmienić loty i wcześniej  niż zamierzałem przybyć do Asmary. Po wylądowaniu w środku nocy, zaskoczony zostałem cenami taksówek: za przejazd odległości pięciu kilometrów z lotniska do hotelu w centrum miasta, łobuzy żądają aż 25 dolarów amerykańskich. Rankiem rozpoczynam od uzyskania „Turist permitu” w biurze znajdującym się przy katedrze- największym zabytku stolicy Erytrei. Złożyłem dokumenty i określiłem miejsca które chcę zwiedzić. Trzeba podać wszystko:  nie tylko dokąd i  kiedy, ale również czym się wojażuje. W ten sposób musiałem zaplanować każdy dzień do końca pobytu. Czekając cały dzień na wydanie pozwolenia, rozglądam się i pieszo wędruję po centrum tego w sumie ładnego miasta.

Asmara kiedyś stare miasto etiopskie, zajęta w 1889 roku przez Włochów, stała się stolicą kolonii i temu zawdzięcza swoje najładniejsze zabytki. Architektura miasta przywodzi na myśl zabudowania w stylu typowym dla architektury Włoch z lat trzydziestych poprzedniego wieku. Wiele budynków nadal posiada włoskie naleciałości: Fiat, Alfa Romeo, Bar Roma, Kino Impero, Caffe Alba czy Dom Włoski. Ponadto część mieszkańców Asmary wciąż używa języka włoskiego, co tworzy atmosferę jak rodem z filmów Felliniego. Miasto próbuje się modernizować, aby odzyskać blask utracony podczas wieloletniej walki o niepodległość. Asmara pod wieloma względami nie wygląda jak afrykańska metropolia- jest leniwym, spokojnym miastem, gdzie jest porządek i czyste, górskie powietrze. Gdzie bywa chłodno a w kawiarniach serwują: kawę po włosku, pizzę i inne włoskie przysmaki. Asmara jest położona na wysokości ponad 2 400 metrów nad poziomem morza, co tłumaczy jej odmienność i znośną temperaturę.

Stolica Erytrei, podobnie jak w Polsce Gdynia, zasługuje na uwagę jako miasto modernistyczne. Z tego powodu w 2017 roku miasto zostało wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Sercem Asmary jest strzelisty budynek katolickiej katedry św. Marii z 1922 roku, znajdujący się przy głównej ulicy Asmary- Harnet Avenue. Niemal wszystkie ciekawe miejsca oraz hotele znajdują się przy Alei Harnet, bądź w niedużej od niej odległości.

 

 

Wolno spacerując zwiedzam główne zabytki miasta, między innymi koptyjski kościół i meczet Jaime el Kufala. Wart spaceru zwłaszcza w sobotę jest ciekawy bazar w pobliżu dworców autobusowych. Zaś wyjątkowym doświadczeniem może być cmentarzysko zużytego sprzętu wojskowego, czołgów i temu podobnych zardzewiałych różności na terenie Den Den Military Camp. Tam też można dojść pieszo w ciągu dwudziestu minut. Przed wieczorem odebrałem zezwolenie na wyjazd poza stolicę i zmieniłem hotel na leżący tuż przy dworcach autobusowych. Od wczesnego ranka ruszam poza Asmarę.

 

 

Pierwszą wycieczką poza Asmarę  był przejazd w kierunku Kohaito. Wszelkie autobusy odjeżdżają po skompletowaniu wszystkich pasażerów. Oznacza to oczekiwanie do jednej godziny, aż zajęte zostaną wszystkie miejsca siedzące. Na dworcu nie ma: jakiejkolwiek informacji, rozkładu jazdy i tabliczek na pojazdach. Będziesz zaskoczony, gdy już dopytasz się, z którego miejsca nastąpi odjazd z wielgachnego placu. Autobusu czasem jeszcze nie ma, ale  przy wkopanej oponie lub głazie stoi rządek: jakichś toreb, torebek, butelek czy nawet kamieni- oznacza to kolejność pasażerów do wejścia i zajmowania miejsc w pojeździe. Czasem jest więcej chętnych niż miejsc, więc ci którzy nie weszli, ustawiają się w kolejce do następnego autobusu. W środku nie ma tłoku a podróż jest przerywana co około dwie godziny krótkim odpoczynkiem, który można wykorzystać na: rozprostowanie kości, sesję fotograficzną lub do zjedzenia posiłku. Przyszedłem na dworzec już o 5,45, autobus owszem już był- ale pełny, więc poszedłem za wielką oponę do kolejki- już byłem około piętnasty w sznurku: najczęściej polipropylenowych toreb i „bambetli”. Postawiłem plecaczek i czekam. Po dwóch godzinach zaczynam się rozglądać, bo nadal stoję a ludzi jakby mniej. Potem zrozumiałem, że są także autobusy jadące dalej niż własne miejsce docelowe. Płaci się więcej, ale można przecież wysiąść po drodze. Gdy się połapałem w czym rzecz, po trzydziestu minutach siedziałem w autobusie do Seganeti, leżącego w  połowie mojej trasy do Adi Keyh.

Przyglądałem się górskim pejzażom Wyżyny Abisyńskiej i drodze, która wyginała się we wszelkich kierunkach, powielając kształt dolin i zboczy. Sam nie wiem kiedy minęły dwie godziny i jestem w Segeneti na dużym, prawie pustym placu autobusowym. Jakieś stragany, drobne paleniska na ziemi z kobietami w kucki- oferujące ugotowaną kukurydzę, i-aa, i-aaa grupki osiołków i jeden duży autobus. Jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że właśnie odjeżdża autobus rejsowy z Asmary, po przerwie w pożądanym przeze mnie kierunku- i do tego znalazło  się miejsce!

Super, po kolejnych dwóch godzinach jestem w Adi Keyh. Tyle, że zrobiła się godzina po dwunastej w południe. Zamierzałem pojechać dalej o jedenaście kilometrów do ruin Kohaito, gdzie chciałem  zwiedzić ruiny starożytnego miasta: malowidła naskalne, pozostałości po starożytnym pałacu, egipski grobowiec… Mogłem pojechać tylko taksówką, ale tutaj nie maja taksówek! Zabrakło tych dwóch godzin z opóźnionego wyjazdu porannego.

-Tam można tylko rano mikrobusem- mówią.

– A kiedy z powrotem? – pytam.

– Jak będzie!-odpowiadają z uśmiechem.

Cóż, zmieniłem plany, pospacerowałem dookoła i szukam czegoś z powrotem do  Asmary. Wiedząc o różnej długości trasy autobusów, tym razem pytałem w każdym nadjeżdżającym z drogi i po pól godzinie jechałem- do Dekhembare. Na dodatek trafiłem miejsce przy oknie i mogłem obiektywem spojrzeć na okolicę. Wioseczki poprzyklejane do zboczy górskich, rzucisz okiem i już autobus na kolejnym zakręcie o niemal 180 stopni, pokazuje ci inny widok. Podobała mi się wioska Endish, którą opisuje mi współpasażer. Na zdjęciach niżej centrum Edi Keayh i Endish.

 

 

Dekhembare jest małym miasteczkiem w typowo włoskim stylu. W pobliżu znajduje się dolina porośnięta wśród skał klonami i platanami. Czasem widzę w miasteczkach ślady pozostawione przez wojny w postaci ruin domów z postrzelanymi ścianami. Na postojach do każdego uchylonego okna usiłują wjechać pojemniki, na rękach młodzieży oferującej: napoje, przegryzki i miejscowe specjały.

Prawie na całej długości drogi widać jesień, trwają zbiory zbóż i omłoty. Te ostatnie rozpoznaję po dużych kopcach słomy pozostałej po wymłóceniu: cepami lub nogami osłów depczących w kółko po zaścielonym zbożu. Robią to w taki sposób: na równym kawałku pola gdzie zgromadzili pęki zboża, ubijają okrągły plac ziemi. Potem rozrzucają zboże i nogami zwierząt chodzących w kółko po tym ubitym terenie, zboże młócą. Następnie już tylko podrzucanie słomy w górę aby wiatr i grawitacja spowodowała pozostanie na ziemi tylko ziaren.

 

 

Asmara stała się dla mnie stacją: noclegową i przesiadkową pomiędzy kolejnymi wypadami w odległe rejony: nocuję jedną noc, zostawiam główny bagaż i jadę dalej na dwa dni. Skoro świt o szóstej rano wyruszam autobusem, na pełną wrażeń widokowych wyprawę w kierunku miasta Massawa. Jadę na wschód od Asmary w kierunku wybrzeża Morza Czerwonego. Autobus pokonuje niezwykle malowniczą trasę, w doliny położone u stóp Asmary, która nie raz przyprawia o zachwyt. Droga z Asmary spada ciągle w dół od prawie dwa i poł tysiąca metrów do poziomu morza, dostarczając wspaniałych widoków, To tak, jakbyś z naszych Rysów zjechał w ciągu trzech godzin na brzeg morza. Po drodze oczywiście jest wiele miasteczek i osad, a pośród tego wszystkiego poza wstęga drogi wije się dodatkowo linia kolejowa. Chętnie bym właśnie nią pojechał, niestety kursuje tylko naście kilometrów w pobliżu Massawy. W jednym z pomniejszych miasteczek sfotografowałem taxi osiołkowe, które dowiozło zakutane pasażerki na lokalny bazar.

 

 

Do Massawy przyjeżdża się na dworzec znajdujący się na kontynencie.  Miasto położone jest na dwóch wyspach i stałym lądzie, połączonych ze sobą groblami. Jest stolicą prowincji oraz czwartym co do wielkości miastem w kraju. Historia Massawy przeplata się w ciągu wieków pomiędzy panowaniem w nim: Etiopczyków, Egipcjan, Turków osmańskich, Włochów i Brytyjczyków.

Większość odwiedzających przyjeżdża z myślą o nurkowaniu. Miasto jest bardzo kosztowną bazą wypadową do pobliskiego archipelagu Dahlak. Na wyspy nie dociera transport publiczny- potrzeba dwugodzinnego rejsu wynajętą motorówką. Dodatkowym kosztem jest extra zezwolenie. Namiastkę wielokolorowej rafy archipelagu jest Zielona Wyspa, na którą płynie się z Massawy tylko dziesięć minut- to koszt   około czterdziestu dolarów.

– Czy możesz mnie dołączyć do jakiejś grupy innych turystów?- zapytałem przewoźnika.

– Wybacz, ale TUTAJ NIE MA TURYSTÓW!- usłyszałem w odpowiedzi.

Różnica między stolicą a Massawą jest duża. To nie tylko klimat. Mimo przedpołudnia wylądowałem w miejscu, gdzie zacząłem spływać potem i przypomniałem sobie o  osłanianiu ciała przed skwarem. Miasto zostało poważnie zniszczone. Zaraz po wjeździe  na wyspy, dodatkowo  przypomni ci o historii pomnik, na którym wyeksponowano trzy postradzieckie czołgi. Spacerując pośród wąskich, urokliwych uliczek Starego Miasta, co rusz natykałem się na zabudowania charakterystyczne dla budownictwa tureckiego. Na starym mieście  warto obejrzeć: Budynek Banku Włoskiego, Pałac Gubernatora, ale to nie wszystkie domostwa które szczególnie ucierpiały podczas walk o niepodległość. Prawie w każdym zakątku widać domostwa ledwo trzymające się całości.

Wybrałem hotelik dla miejscowych, który urządzono w kolonialnym budynku z sufitem znajdującym się pięć metrów nad poziomem łóżka. Oferował kilka pokoi wewnątrz budynku oraz łóżka tylko pod dachem na dużym tarasie.

Wieczorem, życie wyspy Massawa nabiera rozpędu, wraz z chłodkiem na ulice wylegają: marynarze, „wesołe panienki” oraz rzesze miejscowych.

 

 

Wracając z powrotem, przypadkowo trafiłem do mikrobusu na miejsce przy kierowcy i mogłem w pełni cieszyć się urokami drogi. Widoki z półpustynnych i prawie bezludnych zmieniają się w miarę narastania wysokości nad poziomem morza, w bardziej zielone i… górskie. W pobliżu Ghindy warto sięgnąć po aparat fotograficzny dla widoku starożytnego klasztoru na szczycie wzgórza. W miasteczku w czasie postoju skosztowałem pysznych, dojrzałych owoców opuncji. Te normalnie bardzo cierniste owoce serwowano na straganie, już po obraniu z kolców. Dziewczę sprzedające owoce obcinało oba końce, potem nacinało wzdłuż i skóra odchodziła prawie sama- wystarczyło sięgnąć po wnętrze owocu. Gdy uczyniłem to pięciokrotnie, stwierdziłem, że nie muszę już iść na lunch do sąsiedniej restauracyjki.

 

 

Karen należy odwiedzać w niedzielę i poniedziałek, gdyż tylko w poniedziałek odbywają się w nim jedyne  w swoim rodzaju targi zwierzęce. Plan zwiedzania Erytrei, od początku dopasowałem tak,  aby być tam w poniedziałek od rana. W Karen w porównaniu do Asmary, jest odczuwalnie goręcej. Fala gorąca uderzyła zaraz po przyjeździe, gdy już nie chłodził przewiew od otwartego okna w autobusie. Znalazłem skromny  hotelik i w niedzielne przedpołudnie poszedłem na spacer w kierunku kościoła w centrum miasta. Trafiłem na mszę w okazałym kościele katolickim, i po niej zacząłem rozpytywać, gdzie w Karen pracują polskie siostry misjonarki. Szykując się do wyprawy trafiłem na taką informację. Dzięki pomocy włoskiego proboszcza dowiedziałem się, że pięć lat temu wyjechały z Erytrei. Przed wieczorną porą skierowałem kroki na niewielkie wzgórze, skąd można ogarnąć panoramę miasta. Po drodze miałem problem z dzieciakami, gdyż nierozważnie kilkorgu na postoju odpoczynkowym podarowałem po cukierku- potem zbiegło się ich znacznie więcej z całej okolicy…

Zwierzęcy plac targowy znajduje się niecałe dwa kilometry od centrum miasta, wzdłuż drogi wiodącej obok bazaru miejskiego. Warto na nim spędzić kilka przyjemnych chwil, dzięki kolorytowi przybyłej z okolicznych wiosek ludności.

 

 

Przed dojściem do bazaru zwierzęcego zboczyłem kilkaset metrów w prawo- tuż poza miastem znajduje się drogowskaz do Saint Dearit Mariam – oryginalnej  kapliczki w pniu wielkiego baobabu. Baobab rośnie od średniowiecza. W 1941 roku Karen było miejscem ostrych walk pomiędzy wojskami włoskimi i brytyjskimi. W czasie brytyjskich nalotów, włoscy żołnierze znaleźli we wnętrzu baobabu schronienie przed pociskami. Pomimo trafień, drzewo ocalało, jak i ukryci w jego pniu żołnierze. Wydarzenie przyczyniło się do sławy baobabu z Karen. Erytrejczycy wierzą, że baobab jest źródłem mocy płodności. Tradycyjną metodą dostępu do tych mistycznych sił jest rytuał parzenia kawy. Miejscowe kobiety przygotowują w cieniu konarów kawę, którą następnie częstują przechodniów.

Wierzą, że jeśli przechodzący podróżnik przyjmie od nich filiżankę napoju, zostaną pobłogosławione darem płodności. Wewnątrz drzewa znajduje się dość obszerna kapliczka z figurką Matki Boskiej. Będąc tam, spotkałem dwie starsze kobiety mdlące  się w cieniu potężnego drzewa, lecz zanim doszedłem  oddaliły się-  widocznie nie zależało im już na kolejnych dzieciakach.

Po drodze przechodzi się również w pobliżu oryginalnych wiosek z domostwami nakrytymi strzechą. Zobaczy się dodatkowo w oddali, interesującą panoramę zwierzęcego bazaru.

 

 

Na bazar nadszedłem, gdy ludzie spędzali jeszcze stada kóz, bydła i wielbłądów. Na dobre wszystko rozkręca się koło dziesiątej, ale warto przyjść wcześniej, dla obserwacji spędzających swój dobytek pasterzy. Na wsiach i przy tym bazarze widać, że tradycyjnym wiejskim środkiem transportu są zwierzęta juczne. Na grzbietach, zwłaszcza osiołków i wielbłądów wędruje wszystko potrzebne na bazarze, czasem wraz z osobą  właściciela. Tylko w oparciu o obserwacje  tego bazaru można przekonać się, że w Erytrei uprawia się zboża: proso, sorgo, jęczmień, kukurydzę, oraz: orzeszki ziemne, kawę i tytoń. A hoduje się: bydło, wielbłądy i kozy. Bazar posiada trzy poziomy oddzielone murami. Najniższy jest placem na wszystko nie mieszczące się ponad nim. A to wyżej,  to:

              – plac z targowiskiem dla wielbłądów i osłów, oraz najwyżej

              – plac do sprzedaży bydła i kóz.

 

 

Spędziłem na targu ponad godzinę i fascynowały mnie scenki rodzajowe. Począwszy od takich pokazujących kupcowi zalety stworzenia oferowanego do zbycia, po targowanie i rytuały finalizujące transakcje. Na równi ciekawymi byli ludzie i noszone przez nich odzienie. Charakterystycznym na targu był fakt całkowitej nieobecności kobiet w gronie handlujących.

 

 

Wracam  do Asmary i następnego dnia w nocy żegnam Erytreę.

 

Przejście do następnej relacji: Etiopia

 

 

 

Erytrea, informacje praktyczne

Dodano: 01-11-2017

Erytrea, informacje praktyczne  (na listopad 2017).

Tekst i foto: Paweł Krzyk

Informacje ogólne: niepodległe państwo w Afryce Wschodniej, położone nad Morzem Czerwonym. Graniczy z Etiopią, Dżibuti  i Sudanem. Erytrea liczy 121,1 tys. km² powierzchni. W 2013 roku w Erytrei mieszkało 5,7 mln mieszkańców. Powierzchnia w większości górzysta. Różnica czasowa: plus 1-2 godziny do czasu naszego, tzn. gdy u nas jest np.  12.00, to w Erytrei jest 13.00 (14.00).

Kiedy jechać? Erytrea zajmuje północną część Wyżyny Abisyńskiej. Najwyższym szczytem jest Soira (3013m…) ale w środkowej części Erytrei znajdują się głęboko wcięte w ląd zatoki. Przy zatokach znajdują się liczne wysepki oraz rafy koralowe (największy archipelag – Dahlak). Przybrzeżne niziny mają klimat zwrotnikowy suchy. Niziny są jednym z najgorętszych miejsc na Ziemi (średnia temperatura roczna wynosi 30 stopni Celsjusza). Na Wyżynie Abisyńskiej klimat jest bardziej wilgotny i chłodniejszy. Najlepsza pora na wizytę w Erytrei to okres od października do maja, kiedy słupek rtęci wskazuje znośną temperaturę.

Wiza: Obywatele polscy wjeżdżający do Erytrei muszą mieć wizę pobytową lub tranzytową. Można ją uzyskać w Ambasadzie Państwa Erytrea w Berlinie i w Konsulacie Generalnym Erytrei we Frankfurcie nad Menem. Uwaga: Nie należy przebywać w Erytrei po terminie wygaśnięcia ważności wizy z uwagi na grożące sankcje karne. Ważność paszportu przy wjeździe powinna wynosić co najmniej 6 miesięcy. W przypadku tranzytu obowiązuje okazanie biletu na dalszą podróż. Nie ma wymogu dysponowania określoną kwotą pieniędzy na każdy dzień pobytu. Przy wylocie z kraju obowiązuje opłata lotniskowa (20 USD lub 20 EURO).

Ja swoją wizę załatwiłem w Berlinie za pośrednictwem firmy z Warszawy- czas 30 dni, cena 690 zł

Wizy do krajów sąsiadujących- nie wiem, nie sprawdzałem. Widziałem Ambasady Sudanu i Sudanu Południowego.

Język urzędowy: tigrinia, arabski (w oficjalnym użyciu jest też angielski)

Waluta: obowiązuje nakfa (ERN). Wymiany na miejscową walutę dokonuje się oficjalnie: wyłącznie w kantorach państwowych i licencjonowanych kantorach prywatnych. Przelicznik jest stały i wynosił 1 USD=15 ERN, 1  EUR =17,6 ERN. Wymieniłem na lotnisku. Są też nielegalni wymieniacze bazarowi oferujący za dolary 18-19 ERN. Lepiej zachować dokument wymiany i wszystkie rachunki- mogą sprawdzić ilość posiadanej waluty i zgodność z kwotą wwiezioną. Straszą karami… Nie widziałem bankomatów, płacenie kartami tylko w dobrych hotelach.

Internet i telefony, prąd, wtyczki: Internet jest dostępny w hotelach i kawiarenkach internetowych.  Telefony GSM nasze nie działają. Prąd i wtyczki takie jak w Polsce oraz typu brytyjskiego. Internet prawdopodobnie jest urzędowo  ograniczony- nie wszedłem np. na Facebooka.

Ceny: towary i usługi – generalnie średnie i wysokie. Dla wygody podaję ceny w USD: butelka wody 1,5 litra= ok. 1 do 1,5 USD, kanapka- placek typu mała pizza 0,66 USD, banany 0,45 USD za pół kg. Piwo Asmara w małej butelce w barze za 1,3 USD. Wyjątkiem pozostają hotele: za średni standard potrafią żądać wysokich cen europejskich. Tanie hotele od 10-25 USD. Transport autobusowy jest tani i sięga 2-5 USD za 2 do 5 godzin jazdy.

Jak dojechać? Najwygodniej samolotem. Droga lądowa jest trudna gdyż ten kraj ma problemy s sąsiadami i w pobliżu granic stacjonuje wojsko. Sprawdź przed wyjazdem. Patrz również niżej.

Bezpieczeństwo: obecnie, kraj bezpieczny dla rozważnego turysty. Nie fotografuj obiektów państwowych i militarnych.

Tak to ocenia nasze MSZ: Od 1 czerwca 2006 r. obowiązuje nieprzerwanie zakaz podróży cudzoziemców poza stolicę kraju Asmarę bez specjalnego zezwolenia wydawanego przez Ministerstwo Turystyki Erytrei. Ze względu na występujące napięcia polityczne pomiędzy Erytreą a Etiopią, Erytreą a Dżibuti i Erytreą a Sudanem oraz – co się z tym wiąże – dużą koncentrację wojsk na obszarze pogranicza, nie zaleca się podróży na te tereny, zwłaszcza w rejon nadbrzeżny Morza Czerwonego, portu Massawa. Odradza się również odwiedzanie Erytrei podczas tej samej podróży do jednego z państw, z którymi pozostaje ona w konflikcie.

Ryzyko zakażenia malarią występuje poniżej 2.200 m n.p.m. Choroba ta występuje tutaj w najgroźniejszej odmianie p. falciparum, dlatego też niezbędne jest podjęcie profilaktyki. Szerzej piszę o malarii na stronie pod malaria.

Zezwolenie na wyjazd poza Asmarę załatwia się w ciągu jednego dnia. Trzeba się zgłosić- najlepiej rano, z ksero paszportu ze stroną ze zdjęciem oraz z wizą i stemplem wjazdowym (zrobisz w pobliżu za 3 ERN) do Biura Informacji Turystycznej. Znajduje się w centrum naprzeciw katedry. Każą zapłacić po 50 ERN za każde miejsce odwiedzane (za cztery miejsca zapłaciłem 201 ERN)- otrzymałem Travel Permit o 17,30. Biuro jest czynne od 8-12 oraz od 14 do 18-j. Niżej pokazuję mój Travel permit.

Transport i informacje turystyczne: W w/w informacji turystycznej posiadają podstawowe prospekty ale wydają dopiero gdy się poprosi- brak mapek. Ruch prawostronny. Jeździłem głównie transportem publicznym: autobusami i mikrobusami. Niżej podaję szczegóły:

Lotnisko Asmara- hotel w centrum miasta: jeżeli jedziesz nocą: kilka kilometrów a cena z kosmosu, taxi po 20-25 USD, lub transport hotelowy w tej samej cenie. W dzień są dostępne autobusy.

Asmara miasto: poruszałem się pieszo.

Asmara- wycieczka na południe do Adi Keyh (fon. Adi Keja, lub Adikej). Autobus z dworca autobusowego Edaga Hamus. Lepiej być jak najwcześniej (ok.5-i), gdyż autobusy odjeżdżają gdy się napełnią, a drugi przyjedzie – ale nie zawsze wiadomo kiedy. Pasażerowie ustawiają w kolejce swoje bagaże w wyznaczonym miejscu- potem przychodzi obsługa, kasuje za bilet i wpuszcza do autobusu, ale tylko tyle osób ile jest miejsc siedzących. Trasa ok. 105 km trwała 4,5 godziny i kosztowała 2 x 2 USD. Jechałem dwoma autobusami, gdyż na pierwszy się nie załapałem (byłem o 5,45) a po 2,5 g. nie było kolejnego autobusu. Pojechałem do Segeneti (połowa trasy) i tam na dworcu złapałem wcześniejszy autobus z Asmary… Warto popytać, gdyż zwykle autobusy mają trasy dłuższe i można pojechać tą dłuższą i wysiąść po drodze-ale to trzeba wiedzieć, bo na dworcu wymieniają tylko stację docelową. Zapomnij o istnieniu: tablic, informacji, napisów na autobusach… W drodze powrotnej pojechałem również na raty:  autobus Adi Keyh- Dekemhare (3g, 2 USD) i mały autobus do Asmary (45’, 2 USD).

Asmara- Massawa, wycieczka 2 dniowa na wschód nad Morze Czerwone: z dworca o tej samej nazwie jak wyżej,  ale  dwie przecznice bliżej centrum: przy  meczecie, odjeżdżają autobusy i małe busy. Zasady jw. , tam autobus: 3,5 g., ok. 90 km, 3 USD, a z powrotem jechałem minibusem: 4g, 6,3 USD. Jeżdżą często- to popularna trasa.

Asmara- Karen, wycieczka dwudniowa na północ: z dworca jw., odjechałem dużym autobusem  o 6,15 (2,5 g., 1,8 USD, ok.90 km). Powrót mniejszym autobusem za 4 USD, niecałe 3 g.) Zwykle gdy autobus jedzie pod górę (do Asmary) ceny są wyższe, oraz im mniejszy pojazd tym cena wędruje wzwyż- np. za ładny nowy mikrobus cena wynosiła 6,4 USD. Autobusy jeżdżą często- czas oczekiwania zwykle nie przekracza godziny.

Hotele:

Asmara: spałem w:

Hotelu Crystal za 74 USD/noc, ten był najtańszy: do zarezerwowania przez Internet. Standard europejski. Potem zmieniłem na

Golden Hotel, Edaga Hamus, ceny od 10 w dorm do 30 USD w pokoju 2 osobowym z łazienką w korytarzu.

Massawa:  hotel, którego nazwy nie zapisałem- znajduje się na wyspie Massawa na starym mieście w domu kolonialnym naprzeciw przystani łodzi na Zieloną Wyspę. Cena  10 USD. Wart polecenia.

Karen: Barka Hotel w centrum w pobliżu katedry. Hotel taki sobie niewart polecenia- w pobliżu za tę samą cenę 10 USD, znaleźć można wiele innych. Obowiązuje udanie się na posterunek policji aby się zarejestrować (w niedzielę było to o 18.00)- komenda  policji mieści się za dworcem autobusowym patrząc od centrum.

Przewodniki: nie szukałem, wystarczyły mi informacje z Internetu, oraz informacje na miejscu.  

Atrakcje turystyczne:

Asmara: wszystko pieszo w ciągu jednego dnia-patrz relacja.

Ciekawe jest cmentarzysko zużytego sprzętu wojskowego, na terenie Den Den Military Camp. Jest to jedyna atrakcja oddalona od centrum (20 minut marszu). A,by trafić na złomowisko, należy z zachodniego końca Harnet Ave. skręcić w lewo w Aleję Martyrs’ Ave. Po 500 metrach, na rondzie skręcić przed Lili Cafe w prawo, w Knowledge Street, iść prosto i pytać o Den Den. Na terenie Den Den- campus wojskowy, najlepiej pytać o „tanki”.

Wycieczka na południe do Adi Keyh: patrz relacja

Wycieczka na wschód do Massawa nad Morzem Czerwonym: p.  relacja

Wycieczka na północ  do Karen: trzeba jechać na dwa dni minimum aby być drugiego dnia w poniedziałek, gdyż tylko w ten dzień rankiem można zobaczyć słynny targ wielbłądów. Reszta w relacji.

Powrót do relacji z podróży