Dziennik z trasy

Rady dla początkujących

Somalia, Somaliland. : Relacje z podrózy

Spis treści

  • Berbera 05-12-2012
  • Hargeisa, stolica Somalilandu.(znajduje się niżej za Berbara) 05-12-2012
  • Film z podróży do Rogu Afryki (znajduje sie pod relacjami)

Berbera (relacja z podróży oraz informacje praktyczne)

Tekst i zdjęcia: Paweł Krzyk

Somalię, a w zasadzie jej część Somaliland, afrykańskie małe państwo zwiedzam  na początku grudnia 2012, podczas samotnej podróży, którą nazwałem „Róg Afryki”. Zwiedzam podczas niej: Djibouti (Dżibuti), Somalię (Somaliland), Zjednoczone Emiraty Arabskie, oraz jemeński  Archipelag Socotrę. Poprzednią relację znajdziesz tutaj: pustynie, depresje,wulkany.

 Podstawowe informacje ogólne.

Jak otrzymać wizę? Wizę Somalilandu otrzymałem przez Internet, od uczynnego menadżera hotelu Ambasador z Hargaisy. Jest z nią problem, gdyż gdybym jej nie miał, nie odleciałbym samolotem z Dżibuti. Podobno można ją kupić na granicy- nie wiem, nie miałem okazji sprawdzić. Nie miałem żadnych problemów z odprawą na lotnisku. Zabrano dokument mojej wizy i wstemplowano mi wizę do paszportu. Następnie zażądano 35 USD dodatkowej opłaty typu podatkowego. Nie ma na lotnisku obowiązkowej wymiany na walutę somalijską. Wizy można otrzymać również w przedstawicielstwach Somalilandu: między innymi w Djibouti Town i Addis Abebie. Aktualny wykaz tych miejsc znajduje się na www.somalilandgov.com Brak jest przedstawicielstw dyplomatycznych innych krajów (państwo nieuznawane). Polacy podlegają kompetencji Ambasady RP w Nairobi w Kenii.

Walutą jest Schilling Somalilandu (SQS). Wymianę można dokonać prawie wszędzie: hotele, sklepy, itp. (kurs wymiany USD i EUR jest równy, i wynosi 6500 SQS). Nie było punktu wymiany na lotnisku. Zapomnij o kartach płatniczych.

Pogoda i klimat: sucho i mało opadów. Latem może temperatura przekroczyć znacznie 40 stopni. Ja mam z początku grudnia ok. 30 stopni, i w nocy śpię przy otwartym oknie (za siatką)

Język: można się porozumieć po angielsku. Językiem powszechnym jest somalijski (somali), oraz arabski (jest to kraj muzułmański).

Malaria i zagrożenia: występuje zagrożenie malarią, na całym terenie. Państwo Somalia jest targane wewnętrznymi konfliktami, i nigdy nie wiadomo, kto użyje, dostępnej broni, i  przeciwko komu w lokalnym zatargu. Bezpieczeństwo turystycznej podróży jest ważnym zagadnieniem Zwykle nic się nie dzieje, ale warto sprawdzić przed wyjazdem co „w trawie piszczy”.

Internet: kawiarenek internetowych niewiele, ale prawie każdy hotel ma wi-fi. Komórki ma prawie każdy. Miałem problem z SMS- mi, przychodziły ale ja nie mogłem wysłać.

Berbera relacja

Przyleciałem do Berbery samolotem z Dżibuti.  Z lotniska możliwy transport tylko taksówkami (15 USD). Taksówek mało- nie było z kim negocjować ceny. Po krótkich poszukiwaniach znalazłem tani hotelik w pobliżu portu : Esco Hotel (8 USD/noc w pokoju 2 osobowym). Klimatyzacja nie działa, ale jest wentylator, który i tak w nocy wyłączam- jest rześki powiew wiatru od morza. Inne hotele w cenie od ok.30-50 USD/noc. Z okna widzę port morski Berbery, oraz ciekawe życie miasteczka w przyległych domach. Choć prawdę mówiąc trudno je tak nazwać: z byle czego sklecone chatki, z kozami… Mnóstwo barów – restauracji, jak je opisują. Obok stacja benzynowa i pomnik z rybą na małym rondzie.

Rankiem wyszedłem na spacer do tego miasta. Brzmi dumni, ale jest to miasteczko, które do końca nie wiadomo ile ma mieszkańców. Podczas ostatnich wyborów zarejestrowano oficjalnie 3 tysiące, a uliczni informatorzy mówią mi, że faktycznie jest ok. 15 tysięcy. Jest drugim pod względem wielkości miastem Somalilandu, i jego głównym portem. Nieco historii Somalilandu w tym miejscu. To państewko, wprawdzie nie uznawane przez społeczność międzynarodową, zajmuje obszar byłej Somalii Brytyjskiej.  Od 1990 r.  graniczy z kolejnym somalijskim hybrydowym państewkiem Puntlandem. Faktem jest to, że posiada: prezydenta, wybrany parlament,  własną walutę i armię. Liczy sobie 21 lat samodzielnej historii (od 1991r.), i zamieszkuje ją niecałe 3 miliony mieszkańców. Stolica Hargeisa to około pół miliona obywateli, reszta w kilku niewielkich miastach , oraz porozrzucanych przy drogach przez busz  wioskach. Część ludności jest nomadami. Miasto Berbera posiada długą historię. Jest wymieniana w dokumentach już w I wieku n.e. Później wiadomym było powszechnie, że ten kto posiadał Berberę, kontrolował ruch morski na Morze Czerwone.

Przy stacji benzynowej naładowany pod niebo kartonami bardzo kolorowy samochód ciężarowy. Jak przejedzie pod przewodami elektrycznymi…? Idąc ulicami co krok widzę te „restauracje uliczne”. A są to miejsca, gdzie podaje się spragnionym, z termosów, np. poranna herbatę z mlekiem. Później są to inne potrawy serwowane  z garnków. Przyglądałem się w ciągu dnia tym jadłodajniom, i odrzuciło mnie, gdyż zauważyłem w jaki sposób myją naczynia przed kolejnym użyciem. Zwykłe wiadro z chyba wodą, w kolorze prawie brązowym.

Spotykani Somalijczycy są niezwykle przyjaźni. Zaczepiają mnie, pytają: jak się mam, skąd jestem, co tu robię, czy jestem dziennikarzem, jak mam na imię,  itd.? Począwszy od samolotu, po ulicę, jestem chyba jedynym białym w Berberze- nie spotkałem nikogo w moim kolorze skóry. Opowiadają mi co robią, chyba traktują to jako okazje do pogadania po angielsku. Te panie niżej prowadziły swoje garkuchnie.

Uliczki Berbery nie robią dużego wrażenia. Przeważa niska zabudowa z byle czego, nieutwardzona nawierzchnia na większości  ulic. Faliste blachy i eternit. Wszechobecne kozy szwendające się po całym mieście. Są i budynki bardziej okazałe z podcieniami. Bardziej zadbane jak zwykle wszystkie meczety. Codziennie słyszę wielogłos muezinów nawołujących do kolejnych modlitw.

To czym obudowano młode drzewka na zdjęciu niżej, to tylko osłona tych drzewek przed kozami. Zaciekawiona gospodyni przyglądała mi się, co tak mnie zainteresowało przy tych drzewkach.

Upłynęła godzinka spaceru i z centrum, czyli z  rejonu bazaru i portu, doszedłem do wschodniego końca Berbery, na którym widzę pomnik ze statkiem. Obok śmietnisko, przy którym próbują coś znaleźć dla siebie te ptaszyska.

Wracam do centrum wzdłuż wybrzeża. Plaży tutaj nie ma. Mam widok na mały zaniedbany port, ze sterczącymi z wody zardzewiałymi wrakami. Obok przystań rybacka i niedaleko niej szkoła morska (w tym dla rybaków). Przejeżdża obok mnie sklepik rybny, z dorodnymi okazami  na taczce.

Gdzie nie spojrzę tam kózki próbują coś zjeść, tutaj na stercie odpadów przy głównej uliczce. Widzę także duże kolonialne budowle pamiętające lepsze czasy.

Na uliczce w pewnym momencie poczerniało od uczennic koranicznej szkoły średniej, które po skończeniu lekcji wyszły do domów. Jedna z nich ze stertą książek pod pachą, zagadnęła do mnie po angielsku, i plotkowaliśmy nieco w tym języku, idąc w jednym kierunku. Miałem okazję zrobić to zdjęcie. Zwykle kobiety muzułmańskie masowo odmawiają zgody na fotografowanie.

Przy porcie zauważyłem taki „hotel”. W konstrukcji nośnej dużego budynku bez ścian, stały łóżka z moskitierami. Nocleg tylko za nieco więcej niż pół dolara (4000 SQS). Zrobiło się południe, i nawet kozom jest za gorąco- chowają się gdzie mogą.

Po drugiej stronie miasta widzę taki pomnik: rakieta balistyczna??? Otóż nie. Tutaj muszę jeszcze nieco historii. Za czasów socjalistycznych, Berbera była jedną z największych baz morskich Związku Radzieckiego, a później po zmianie orientacji politycznej, amerykanie wybudowali lądowisko awaryjne dla statków kosmicznych NASA. Ten pomnik zatem musi być symbolem promu kosmicznego. Tego starszego mężczyznę sfotografowałem w pobliżu. To normalny strój starszyzny somalijskiej.

Te fotografie niżej szczególnie mi się spodobały- bardzo sympatyczni Berberyjczycy.

Pisarz uliczny, maszynopisanie pod płotem i w cieniu drzewa, u mnie tanio skopiuję Twoje dokumenty… tak mógłby reklamować się ten starszy mężczyzna, używający wiekowej maszyny do pisania, na potrzeby swoich licznych klientów. Naliczyłem 4 osoby czekające na swoją kolejkę. Na mój widok jak zwykle przerwali swoje zajęcia, i pogadali ze mną. Najszybciej znudził się pisarz, słyszę jego stuk, stuk- pewnie interes ważniejszy. Na moją sugestię, że obecnie wszędzie piszą komputerami, przerwał pisanie i odpowiedział, że on może pracować na dworze, i nie potrzebuje prądu. Nie wiem czy w Polsce, na mojej starej elektrycznej maszynie do pisania, cokolwiek bym zarobił. Parę kroków dalej te dwie gospodynie domowe, nie wiem czy też szły aby coś im napisano na tej maszynie?

Mam dosyć tego w sumie niezbyt ładnego miasteczka, i jego nieznośnego południowego gorąca. Ok.13– tej,  jest chyba znacznie cieplej niż 30 stopni. Uciekam do swojego pokoju hotelowego. Po drodze próbuję znaleźć coś bezpiecznego do zjedzenia. Znalazłem ryby smażone w oleju, z cebulą. Dalej kupiłem cienkie placki smażone bez tłuszczu na blasze, i kilka bananów. Wierzcie mi było pyszne. Bo zjedzone w moim czystym pokoju, i… jedyne co poza napojami znalazłem dzisiaj! Jutro wyjeżdżam znad Oceanu Indyjskiego w głąb lądu. Relację możesz przeczytać w : Stolica Somalilandu Hargaisa.

Za dwa dni jestem z powrotem w Berberze. Mam jeszcze jeden dzień i poświęcam go na odpoczynek. Wyjeżdżam „tuk tukiem” (riksza motorowa), za 4 USD do Batalaale. Jest to piękna, bardzo szeroka, i długaśna piaszczysta plaża, w odległości 6 km  na południowy wschód ( w prawo). Woda czyściutka, cieplutka, z kolorowymi rybkami i rafą koralową. Ale brak jakiejkolwiek infrastruktury plażowej. Dzika plaża! Dzika plaża… jak w starej piosence. W pobliżu jest tylko hotel Mansoor z restauracją. Ceny: 50 USD/ pokój 1-osobowy, oraz 60 USD/ dwójkę. Hotel posiada centrum nurkowe. Nurkowanie za 50 USD/ 1 zejście pod wodę, z brzegu,  z ich sprzętem. Tutaj spotykam kilku białych turystów (ok.5-u). Zrozumiałem, dlaczego ich nie widziałem: siedzieli w tym hotelu, a zwiedzali z okna samochodu w ruchu… Cóż, to jednak chyba nie dla mnie.

Z powrotem nieco po południu, i porządnym lunchu (nareszcie ze sztućcami), mam problem, gdyż z powrotem w stronę Berbery nie ma żadnego transportu. Zabrał mnie uczynny Szwed z dwoma „bodygardami” w samochodzie ( nie mieli broni). Wysiadłem na opłotkach i powędrowałem na nosa do hotelu. Widzę okazałą rezydencję z wysokim murem, i szkłem na sztorc u góry, w sąsiedztwie prawie lepianek i domów z … Po drodze szukam sklepu, z muzyką na CD lub czymkolwiek. Patrzą na mnie i nie rozumieją o co mi chodzi. Idę coraz szybciej bo jest znowu nieznośnie gorąco, o czym zapomniałem po dwóch dniach w Hargesie. Fotografuję jeszcze raz pomnik z rybą kolo hotelu, bo kózki też zrobiły to, o czym ja mażę- uciec szybko do chłodnego cienia.

Uff. Wyszedłem dopiero pod wieczór na kolację. Jutro już na lotnisko i do Emiratów Arabskich. Kolejnej relacji z tej wyprawy szukaj w : Emiraty: Sharjah i Dubaj.

 

 

 

Stolica Somalilandu Hargeisa

Somalię, a w zasadzie jej część Somaliland, afrykańskie małe państwo zwiedzam  na początku grudnia 2012, podczas samotnej podróży, którą nazwałem „Róg Afryki”. Zwiedzam podczas niej: Djibouti (Dżibuti), Somalię (Somaliland), Zjednoczone Emiraty Arabskie, oraz jemeński  Archipelag Socotrę. Poprzednią relację znajdziesz tutaj: Berbera . Zastanawiając się nadprogramem wyprawy rozważałem różne jej wersje, i szukałem materiałów. Wszystkie agencje i inne dostępne źródła ostrzegają. Szukając wizy, od uczynnego menadżera hotelu Ambasador w Hargeisie, otrzymałem propozycje bezpiecznego 2- dniowego przyjazdu, z Berbery do stolicy i z powrotem…, w towarzystwie dwóch uzbrojonych ochroniarzy. Koszt bagatela 500 USD. Już na miejscu w Berberze postanowiłem zweryfikować tę informację. Szukałem na początku ochroniarzy- nikt o takich nie słyszał, bo i po co oni Tobie są potrzebni? Zacząłem pytać o bezpieczeństwo w podróży (ok.150 km). Najszybciej te informacje posiadają… zawodowi kierowcy i hotelarze. Odpowiedzi ze zdziwieniem, wszystko jest w porządku- jest bezpiecznie. Sprawdzam dalej : na komendzie policji oraz w biurze imigracyjnym. Odpowiedzi takie same. Przy okazji dowiaduję się, że turysta posiadający paszport i wizę, nie potrzebuje innych zezwoleń na poruszanie się pomiędzy miastami. Postanawiam zignorować próbę naciągnięcia mnie na koszty, i jadę transportem publicznym, na wycieczkę 2- dniową z noclegiem w Hargeisie.

Możliwości transportowe: wynająć swój samochód osobowy z kierowcą (cena od 120-150 USD), lub skorzystać z busików (10 osobowych), lub typu Van (8 osobowych), w cenie przejazdu 7-8 USD/w  jedną stronę. Ale wiedzieć trzeba, że przednie siedzenie obok kierowcy jest 2 osobowe (na jednym fotelu), z tyłu po 3 osoby w rzędzie. Jeżeli chce się siedzieć samodzielnie cena wynosi jak za dwie osoby. Pierwsze odjeżdżają ok. 6-j rano, a kolejne, jak nazbiera się komplet pasażerów. Powrót ok. zmroku wieczorem. Start i meta na bazarach, w Berberze i Hargeisie.

Mój van z moją osoba koło kierowcy (14 USD), napełniony rusza o 8,15. Kilkanaście kilometrów za Berbera, szlaban na szosie i kontrola policyjna. Zaglądają do samochodu, i widząc białą twarz, zaczynają rozmowę z kierowca na mój temat. Jedzie do Hargeisy, ma dokumenty, proszę dalej. I tak wyprzedzając nieco, jest z 10 razy, w każdej większej wiosce, i na każdym rozgałęzieniu dróg. Dwukrotnie podałem paszport do kontroli. Droga asfaltowa w ok.60 %  jak ser szwajcarski, z potężnymi dziurami w jezdni, gdzie kierowca mocno zwalnia. W kilku miejscach widzę na poboczu mocno uszkodzone pojazdy, których kierowcy nie zauważyli dziur. Droga wznosi się  wśród wzgórz w krajobrazie kamienistej pustyni, porośniętej miejscami dość gęsto krzewami. Zaraz za Berberą kilka razy stoimy, aby przepuścić duże stada kóz, wędrujące po i przez jezdnię.

Przy drodze niezły śmietnik porzuconych opakowań plastykowych. Po ok. 40 minutach jazdy pokazują się wyższe wzgórza oraz akacje drzewiaste (widzę kilka parasolkowatych akacji abisyńskich)

Droga wiedzie przez kolejne mizerne wioseczki i zabudowania typu z byle czego. Często okresowe rzeczki – obecnie suche nie posiadają przepustów pod drogą. Droga wtedy schodzi na dno tej rzeki. Widać dziury wykonane w dnie rzeki w poszukiwaniu wody. Na wyższym terenie występują termitiery. Spotykam stadko dromaderów skubiących kolczaste krzaki. Nie wszystko udaje mi się z okna jadącego samochodu sfotografować.

W wioskach wzdłuż drogi rzędami, jedna za druga knajpki z herbatą i garkuchniami. Może właściwą nazwą byłyby „busz bary” ? Zauważam na stacji benzynowej cenę benzyny- dokładnie 1 USD.

Ok. 11-tej po niecałych trzech godzinach jazdy, dojeżdżam do celu na bazar w Hargesie (samo centrum miasta). Rozglądam się za hotelem, i za plecami widzę nowy ładny budynek: Hotel Deero. Jest przy samym postoju samochodów odjeżdżających w różne strony. Po sprawdzeniu warunków: zaskakująco wysoki poziom, biorę pokój B&B, za 20 USD/noc/pokój 2 osobowy. To prawie tyle samo co płacę w Berberze. Nie ma co wybrzydzać i szukać taniej- pewnie bym znalazł, ale szkoda mi na to czasu. Zostawiam bagaż w pokoju i idę na spacer po centrum miasta. Dwie uliczki obok Meczet Piątkowy. W islamie tak jest nazywana świątynia największa i zawsze najważniejsza, bo w święto- piątek, odbywa się w nim główne nabożeństwo religijne.

Rozległy bazar na kilku okolicznych uliczkach stanowi o prawdziwym kolorycie tego miasta. Jest taki… afrykański: bardzo kolorowy, brudny, towary niespecjalnie dobre jakościowo, i wszystko na nim jest. Kiedyś mówiło się o czymś takim : szwarc , mydło i powidło. Ten chłopiec obok ma wykonany z dętek samochodowych rodzaj „miechów”,  którymi pompuje powietrze do paleniska z węglem drzewnym.

Na uliczce obok bazar szmaciany…, a ta kobieta sprzedaje w swoich pojemnikach różne tłuszcze: masło, itp.

Nieco dalej ten młody mężczyzna  siedzi jak … na podwyższeniu- to sprzedawca miodów w płynie w butelkach , oraz w plastrach prosto z ula. Jest też zaułek w którym są węglarze drzewni.

Najwięcej jednak w pobliżu bazaru oraz w całej okolicy,  jest sprzedawców ziela do żucia jad, oraz  wymieniaczy pieniędzy. Pieniądze są trzymane w wielkich stertach, w paczkach po 100 , i umieszczone w klatce za prętami. Sprawdziłem, kilka kg tych pieniędzy, to równowartość 2-5 tysięcy USD. Popularne banknoty na bazarze to 100, 500 i 1000 SQS (Szyling Somalilandu). Za 100 USD= 650. 000 SQS, można otrzymać około małej reklamówki takich paczek.

Pojazdy w większości są kolorowo pooblepiane, lub wymalowane. Większość posiada specjalne ozdobne frędzle na lusterka zewnętrzne i wycieraczki. Zdjęcie obok-pewnie po kolonistach brytyjskich pozostał zwyczaj budowania rond. Umieszcza się na nich różne reklamowe budowle.

W centrum miasta w pobliżu głównych banków stoi na pomniku MIG 17, upamiętniający bombardowanie miasta podczas walk wewnętrznych  w roku 1988 (Said Barra). Ten osiołek na zdjęciu kolejnym, nie jest pomnikiem. Zauważyłem go stojącego na środku kolejnego skrzyżowania w centrum. Nikt nie trąbił… Droga na nim też była nie utwardzona.

Idąc dalej  w centrum spotykam „duży jedyny w Somalilandzie bezpłatny hotel”- więzienie, które z zewnątrz było strzeżone przez tak dużą liczbę uzbrojonych strażników, jakby zaraz ktoś miał odbić więźniów. Zanim zdążyłem przejść, chyba z 6-u pokazało mi drogę, którą mam stamtąd się oddalić! Nawet nie próbowałem wyjąc aparatu. Na zdjęciach niżej kolejne obrazki z centrum miasta.

Najbardziej zapracowanymi zwierzątkami są osiołki. Najczęściej widziałem je w Hargeisie zaprzężone do wózków z beczką wody.

Niżej Bank centralny Somalilandu- może to on drukuje te sterty pieniążków. Na drugim zdjęciu szkoła średnia.

Wracając do hotelu zahaczyłem o krawędź bazaru aby kupic coś do jedzenia. Znalazłem odmianę chlebków w postaci długich płaskich paluszków i owoce. W hotelu jeden z kanałów TV pokazywał transmisję z Mekki, z obchodów Święta Ofiar (Eid al.-Adha, obchodzone w listopadzie/grudniu).

Drugi dzień w stolicy zaplanowałem na  zwiedzenie obrzeży miasta, i powrót do Berbery. Doprowadziłem do spotkania z przedstawicielem Hotelu Ambasador, i zapłaciłem za wizę. Przesłali mi ją nie otrzymując pieniędzy. Z restauracji hotelowej na ostatnim piętrze podziwiam budzące się do życia miasto. Noc chłodniejsza ale nie zimna. Ranek przyjemnie ciepły.

W międzyczasie w hotelu przyszedł do mnie człowiek w mundurze para wojskowym, proponując wycieczkę z ochroną za miasto. Jak usłyszał, że podróżuję transportem publicznym, nie chciał mi podać nawet ceny swojej usługi. Otrzymałem w ten sposób potwierdzenie, że działają w mieście „grupy interesów”, w tym temacie. Gdybym się mylił, próbowałby mnie przekonywać o niesłuszności mojej decyzji, i grożącym niebezpieczeństwie!!?? Czułem się jakbym dostał w prezencie jakieś 500 USD! Idę na spacer w kierunku na zewnątrz kilka kilometrów. Miasto coraz niższe, ale somalilandczycy tak samo przyjaźni. Żartując sobie, chyba mógłbym z każdym wymienić takie informacje: jak się masz?- mam się świetnie, dziękuję- skąd jesteś?- Z Polski, z Europy,- Boland/Holand?- nie z Polski , to kolo Niemiec, -acha, a jak masz na Imię?- Pol, – a Boll … Pa, Pa i uśmiech. Nie ma innego białasa na ulicy, w każdym razie dotychczas przez trzeci dzień, nikogo nie spotkałem. Chyba ci ludzie są zwyczajnie mili, lub chcą potrenować te kilka słów, które znają po angielsku. Trafiam na piekarnię z piecem przy ulicy. Pokazują mi po kolei, jak pracują przy piecu. Idąc nieco w bok od głównej ulicy, zauważyłem coraz więcej szkła na sztorc wmurowanego w wysokie murki ogradzające domy, i drut żyletkowy nad murem. Oznaki „nieciekawego towarzystwa” wokół. Nie czekałem na ostrzeżenie i zawróciłem do centrum. Czyli normalnie, tak jak wszędzie w świecie,- są miejsca , których się nie odwiedza. W pobliżu hotelu znowu mnie rozbawiają wymieniacze tych pieniędzy „na kilogramy”. Jestem na ulicy, przy której w jednym miejscu, jeden za drugim, jest ich dziewięć.

Obok muru cmentarza zrobiłem kolejne zdjęcie. Ma ono swoją historię: najpierw ten dżentelmen w chuście na głowie, zrobił mi zdjęcie telefonem. W rewanżu zrobiłem i ja jemu. W czasie jego robienia, ustawił się za nim pożeracz jad-u, pokazując mi ten wiecheć z zielonymi listkami. Jak zobaczył wynik roześmieliśmy się wszyscy. Przy hotelu wsiadłem do mini busa, znowu z przodu, tym razem za 2x 6 USD. Jak jesteś, wg „naszych” standardów za wielki, to płać za dwa miejsca, a co! Mile minęło powrotne prawie trzy godziny, po tej same drodze. Gdzieś około połowy drogi, nastąpił postój na posiłek w „busz barze”. Parterowe budynki przydrożnego baru, z salami dla: mężczyzn, kobiet, rodzin (normalnie jak to w muzułmańskiej knajpce). Wokół tylko busz, czyli kamienista pustynia i pełno ciernistych krzewów, aż do górek na horyzoncie wokół. Z okna samochodu którym podróżuję, pozdrawiam swoich czytelników.

Następnej relacji możesz szukać : Emiraty Sharjah i Dubaj.

 

Oferuję film podróżniczy z wyprawy do „Rogu Afryki”. Część pierwsza obejmuje: Dżibuti, Somalię- Somaliland, Jemen- stolicę Sana (DVD, Blu- ray, 60 minut)

Jeżeli jesteś zainteresowany możesz obejrzeć skrót filmu część I (kliknij niżej)

w drugiej części zobaczysz niesamowity archipelag  Socotry (DVD, Blu-ray, 60 minut)

Możesz obejrzeć również okładki filmu (kliknij w foto niżej)

okładka Róg Afryki dla DVD

okładka „Róg Afryki” dla DVD

okładka Róg Afryki dla Blu-ray

okładka „Róg Afryki” dla Blu-ray

 

 

 

 

 

Zainteresowanych zakupem proszę o kontakt ze mną: tutaj (kliknij)