Dziennik z trasy

Rady dla początkujących

Indonezja

Spis treści

Papua, Korowajowie, relacja z podróży

Dodano: 20-09-2017

Korowajowie- podróż do epoki kamiennej.

 

Jestem w Indonezji ponownie. Tym razem głównym celem wyprawy są indonezyjskie plemiona prymitywne. Można je znaleźć na wyspie Nowa Gwinea. Jej zachodnia część należy do Indonezji i właśnie tam  się wybrałem. Na dotarcie potrzeba prawie dwóch dni podróży- lecę przez Doha w Katarze do stolicy Dżakarty. Mam pół dnia przerwy i nie chciało mi się nudzić na lotnisku. Do miasta jest godzina jazdy autobusem za trzy dolary. Miasto Dżakarta, stolica Indonezji, patrząc z kilkugodzinnego „punktu widzenia” wydało mi się mało ciekawe i bez spektakularnych zabytków. Popatrzyłem sobie na centrum miasta:

– narodowy pomnik, strzelistą wieżę w postaci płomienia,

– narodowe muzeum sztuki w pobliżu dworca kolejowego, oraz

– objechałem rikszą centralną dzielnicę miejską… takie sobie z mnóstwem motocykli i korkami.

Chyba zaczynam przywykać do dalekowschodniego nieporządku i swoistego klimatu, że zaczynam nie zwracać na niego uwagi.

 

 

Dalsze krajowe loty wieczorem doprowadziły mnie do Jayapura, regionalnej stolicy prowincji Papua lub Irian Jaya. Te nazwy oznaczają to samo. Obecnie indonezyjska Nowa Gwinea posiada dwie prowincje: Papuę oraz Papuę Zachodnią.

              Cała wyspa Nowa Gwinea posiada kilka naj…

Jest drugą co do wielkości wyspą świata. Rozmawia się na niej kilkuset plemiennymi językami. Całą zajmuje ludność nazywana  Papuasami, ale bardzo zróżnicowana- tam prawie każda wioska może należeć do innego plemienia i rozmawiać własnym językiem. Jednocześnie wyspa Nowa Gwinea jest jedną z najmniej zbadanych wysp świata od strony kulturowej, jak i geograficzno- przyrodniczej. Istnieje wiele dotychczas nieodkrytych gatunków roślin i zwierząt.

 

 

Wschodnia część wyspy jest państwem Papua i Nowa Gwinea. Przed wielu laty, podczas jednej z podróży dookoła świata wraz z moją małżonką zwiedziliśmy ją, i… do końca życia na trwale utkwiła nam w pamięci. Obecna wyprawa prowadzi do jeszcze bardziej dzikich obszarów, leżących w środkowych rejonach wyspy, gdzie nie ma lotnisk i dokąd nie prowadzą żadne drogi. Można trochę podpłynąć rzekami, a potem trzeba kilka dni wędrować pieszo.

Pierwszym celem wyprawy jest dotarcie do plemion Korowajów i Kombajów. Są to jedne z ostatnich odizolowanych plemion na Ziemi. Pomimo dziesiątek lat pracy misjonarzy, oraz postępującej globalizacji, tutaj możliwe jest napotkanie plemion nieskażonych cywilizacją. Ta podróż to prawdziwa wyprawa:

– przez najdziksze tropikalne lasy (nazywane czasami lasami deszczowymi),

– bagna,

– rzeczki, na których nie ma przepraw,

– do animistycznych wierzeń i rytuałów z epoki kamiennej naszej planety. Tutaj wiara w czary jest nadal celem życiowym i napawa strachem,

-i gdzie, jeszcze niedawno pokonanych wrogów skracano o głowę.

Pierwsi przybysze do ziem Korowajów dotarli dopiero niespełna czterdzieści lat temu. Przedtem zapuszczali się w te rejony wyłącznie wojownicy plemion Citak- łowców głów, traktujących Korowajów i Kombajów jako swoje terytorium łowieckie. Nic więc dziwnego, że w tych plemionach „ucieczka na drzewa” to sposób na uniknięcie zagrożeń. Budują swoje domostwa na drzewach na wysokości do około trzydziestu metrów. Uciekali na nie, nie tylko przed „łowcami” ze swojego i innych plemion.

Innym powodami było schronienie się przed złymi duchami, monstrami, którymi jak wierzą, napełnia się dżungla po nastaniu nocy. Sądzę, że równie ważnym powodem jest ucieczka przed owadami, które wilgotny klimat i częste opady mnożą w nadmiarze- to ta choroba oraz HIV zbierają wśród tubylców najwięcej ofiar.

Wyprawa w dzicz rozpoczęła się dla mnie, od przyłączenia się do ekspedycji organizowanej przez lokalne biuro turystyczne. Jest nas czworo, poza mną, dwóch Austriaków oraz Chińczyk z Hong Kongu, plus dwóch papuaskich opiekunów.

Lot turbośmigłowym samolocikiem Trigana Air z Jayapura nad zielonym morzem lasu tropikalnego, tylko z rzadka poprzecinanym wstążkami rzek i mikrych dróżek, po czterdziestu minutach zakończył się w Dekai. Jestem w niezłym hoteliku, jedynym w miasteczku… na końcu cywilizacji. Minusem było mycie się z garnuszka nad… muszlą szwedzką, oraz… grzmot deszczu na blaszanym dachu i strugi wody z okapu za oknem. 

– Od jutra będzie już tylko osiem dni bez dachu nad głową!!!

– Czy wytrzymam?

– Będą tylko namioty… ale pociechą jest to, że poniosą je tragarze.

 

 

Spacer po miasteczku w przerwie między ulewami pozwala zauważyć sporo stacji benzynowych… na butelki, czerwonoustych sprzedawców orzechów betelowych, oraz niski wzrost mieszkańców- średnio około metr czterdzieści?

 

 

W dalszą drogę ruszam z przystani w Dekai, gdzie cumują również promy i statki rzeczne do transportu  po rzece Braza- towarów  i wszelkiego sprzętu w stronę morza. Dróg w tej części  wyspy nie ma- duża koparka również opuszcza miasteczko na pokładzie promu. Wsiadamy w siedem osób do długiej łodzi: my, plus jeden od motorka- znający zakola rzek. Co chwila trzeba omijać kłody i drzewa płynące, lub zakotwiczone gałęziami na płyciznach. Płyniemy w dół rzeką Braza a potem kolejną Siret pod prąd, w stronę środka wyspy. Rzeki posiadają chyba same zakola, wiją się w lewo i prawo. Nasza łódź je ścina, nie dlatego, że krócej, ale z powodu omijania płycizn i wykrotów drzew. Od czasu do czasu wymijamy napędzane silnikami dłubanki. Umieszczenie wirników motorków na długiej  osi, pozwala pływać po płyciznach, ale powoduje również widowiskową fontannę z tyłu łódki. Niezwykle malownicze widoki, wysokie drzewa chlebowe wśród niskiej dżungli tropikalnej, niemożliwej do przebycia bez maczety. Ten tropikalny  las w pełni zasługuje na nazwę lasu deszczowego- leje dosłownie co chwilę. Kontempluję widoki spod peleryny, którą się szczelnie otuliłem. Po chwili- kilku minutach, deszcz zanika, ponieważ szybko płynąc uciekamy spod kolejnych chmur. Po drodze znikają za kolejnymi zakrętami grupki chat, z mieszkańcami żyjącymi z rzeki. Plastykowymi butelkami oznaczają pozatapiane w wodzie pułapki na ryby.

 

 

              Potem jeszcze tylko stacja benzynowa dla łodzi. Wymieniają na pełne kanistry z paliwem, a ja podziwiam Papuasa paradującego z wiosłem, oraz rybą podobną do suma.

 

 

              Po kilku godzinach płynięcia, dobijamy wczesnym popołudniem do brzegu w wiosce Mabul na terytorium Koruvai (Korowajów). Wychodzę z łódki, skacząc na brzeg w obawie przed zamoczeniem butów. Próżne  obawy, po kilku krokach i tak byłem mokry do kolan. Przemoczyłem nie tylko buty ale i spodnie- trzeba było stąpać w błocie do podudzia.

              – Cóż było robić? Rozpoczyna się moja survivalowa wyprawa.

Ku zaskoczeniu, po chwili idę po betonowej Main Street. Niestety droga się kończy już po siedemdziesięciu metrach, pomiędzy drewnianymi chatkami po obu stronach i obok tablicy, na której czytam, że drogę o wymiarach 2,5 na 70 metrów wyko nano rok temu za tyle i tyle  rupii indonezyjskich. Widok śmieszny w morzu błota dookoła, i wałęsającymi się czarnymi świniami. Prowadzą nas do większej chaty, pełniącej rolę wioskowego hotelu. Jest to domostwo na dwu i pół metrowych palach, którego podłoga składa się z w miarę prostych gałęzi i ułożonych poprzecznie grubszych patyków. Na nich z kolei znajdują się duże płaty kory drzewnej.

              Wszystko „cacy”, gdy postawię nogę na belce. Nauczyłem się szybko, gdy pękały mi pod stopami kolejne gałązki. Z przodu chaty znajdują się dwa zamknięte pomieszczenia przeznaczone dla kobiet z dziećmi. Mężczyźni u Korowajów śpią oddzielnie, w tej samej chacie na odsłoniętej podłodze z patyków. Zastanawiałem się,

– gdzie będziemy spali- wiedziałem że mamy być w namiotach?

Tymczasem wszystko, z wyjątkiem wspomnianego kawałka betonowej Main Road, było pod wodą a na pewno stało się grząskim terenem, w którym swobodnie czuły się tylko wieprzki. Po kilkunastu minutach już wiem. Namioty stawiają nam pod dachem na tej podłodze z patyków, w miejscu gdzie śpią mężczyźni. Z drugiej strony znajduje się kuchnia- też na tej podłodze ponad ziemią. Na patykach wykonano klepisko z ziemi i na nim płonie ognisko. Dwa grube bale drzewa palące się od wewnętrznej strony, są podporami  dla dużego: garnka, miski oraz czajnika. Pod bale podkładają mniejsze gałęzie- grube kłody wytrzymują na ogniu dłużej. Do toalety stąpam również po patykach, trzęsą się i wyginają pod moimi stu kilogramami.

              Noc jest długa!- dwanaście godzin- jestem prawie na równiku i… twarda karimata niewiele pomaga, czytaj wygładza kilkucentymetrowe odstępy pomiędzy gałęziami. Mamy problem, gdyż za kilka dni przypada Święto Niepodległości- 17 Sierpnia, i szefostwo wioski nie chce aby tragarze wyszli z nami. Negocjacje prowadzi Toni- nasz przewodnik plemienny. Zostawiamy prezenty, które kupiliśmy dla miejscowej szkoły. W końcu jest porozumienie i przed dziesiątą rano ruszamy. Ja niosę tylko plecaczek z kamerą oraz dwa i poł litra butelkowanej wody. Mój plecak wędruje na ramionach tragarza, wraz z namiotem, karimatą i mini kocem. Na naszą czwórkę przypada dziesięciu tragarzy, plus przewodnik Toni i kucharka Osolina. W grupie idzie dodatkowo pięć kobiet, niosących na głowach pakunki z wyżywieniem, ryżem, makaronem, owocami i warzywami.  Oczywiście są także garnki, miska i cały sprzęt obozowy. Kobietom towarzyszą dzieci w tym jeden maluszek przy piersi. Dwóch myśliwych, poza plecakami, dźwiga łuki z metalowymi grotami oraz strzelbę.

 

 

               Zagłębiamy się wężykiem w wiekowy las deszczowy, w którym to przyroda stanowi o wszystkim. My tylko przeciskamy się ledwo widocznymi ścieżynami, które czasem wokół wykrotów trzeba torować w gąszczu. Maczety dwóch przewodników nie próżnują. Gdy zatrzymuję się nie wiedząc gdzie iść, przewodnik podpowiada,

– tam! Nie widzisz tej przełamanej gałązki?

Ledwo ruszyliśmy, mam wszystko przemoczone: od potu pod spodem a na wierzchu od błota i deszczyku. Często trzeba przeprawiać się przez strumyki i rzeczki. Toni wycina mi ponad dwu metrowy kij. Przydaje się podczas pokonywania pni leżących w poprzek, oraz podczas wędrówki po kłodach wzdłuż nikłej ścieżyny. Pracuje dla mnie jako podpórka do łapania równowagi, zwłaszcza nad strumieniami, gdzie nie zawsze mam się czego złapać- a sprawności linoskoczka jakoś nigdy nie zdobyłem. Miejscowi w każdym razie, z plecakami z przodu i z tyłu, a kobiety z wielgachnymi pakunkami zaczepionymi na czole, przechodzą po kłodach w taki sposób, jak ja idę po chodniku. Tylko dwukrotnie byłem podtrzymywany, podczas pokonywania rzeczki trzy metry ponad powierzchnią rdzawej, wartkiej wody. Byłem naprawdę szczęśliwy na postojach i „żłopię” wodę, która natychmiast wszelkimi sposobami szuka sobie drogi na zewnątrz.

W południe lunch w postaci makaronu z jajkiem, i około piętnastej docieram do pierwszego obozowiska korowajskiego. Pośród drzew majaczy dom na wysokości około dziesięciu metrów. My zatrzymujemy się w długiej chacie, pełniącej rolę części  wspólnej dla tej grupki rodzin, a w zasadzie miejsca, gdzie kiedyś zamieszkiwała grupa rodzin. Obecnie żyje tam jedna osoba- stara kobieta, której wszyscy młodzi członkowie rodziny przenieśli się do wioski Mabul. Nie ma jej w domu- poszła do dżungli. Rozbijamy obóz we wnętrzu wspomnianej, dużej chaty. Jestem przemoczony całkowicie i z ulgą wyciągam nogi po ponad pięciogodzinnym marszu w błocie. Najbardziej w namiocie przydaje się część sypialniana, która przypomina moskitierę. Zabezpiecza przed dostępem owadów i jest przewiewnie. Jeszcze tylko kolacja około dziewiętnastej i leżę w szumie dżungli i deszczu grającego w strzesze chaty.

 

 

              Następny dzień zaczął się około dziesiątej po śniadaniu z kawą, i dwoma- przypominającymi naleśniki, podpłomykami z mączki sagowej. Dzień mi się dłuży- człapię, potykając się o cierniste liany. Leżą na dole i nie wiem, kiedy zaczepiam o  nie, usiłując łapać równowagę. Za to lunch wita mnie już o trzynastej, w kolejnej leśnej osadzie o nazwie Sinangatul.  Ta nazwa jest nazwiskiem zamieszkałych Korowajów. Znajdują się w niej cztery chaty: jedna na wysokości dziesięciu metrów, jedna na trzech i dwie tuż nad gruntem. Las dookoła wykarczowano, a obok przepływa rzeczka o szerokości około dziesięciu metrów.

 

 

              Poznajemy pięcioro mieszkańców… 

…………………………………….

Dalsza część opowieści znajdzie się w książce „Żyłem wśród ludzi pierwotnych”.

Ale jeżeli zechcesz oraz zaprosisz, przyjadę i opowiem o ponad tygodniu zamieszkiwania wśród plemienia… mieszkającego na drzewach i między innymi kanibalskich zwyczajach.

………………………………………

       Przewodnik Toni również jest Korowajem, mieszkającym na stale w mieście Jayapura. Zna zwyczaje i rozmawia z mieszkańcami dżungli „jak swój”. Właśnie on opowiedział  mi następny przypadek ludobójstwa, połączony ze skonsumowaniem ciała zabitego, który miał miejsce w roku 2002/3. Dwóch mężczyzn pochodzących z sąsiadujących w dżungli osad Korowajów i Kombajów, starało się o rękę Korowajki. Korowaj wyszedł za rywalem do lasu i tam go ustrzelił z łuku. Mają takie duże strzały, przypominające metalowym grotem oszczep. Ciało zostało skonsumowane!

              Ludzie, których odwiedziłem wydają się przyjacielscy i nie rozpuszczeni przez turystów. Bez problemów pozwalają się fotografować i chętnie opowiadają o swoich zwyczajach- oczywiście, jeżeli zdołasz się porozumieć. Warto być kolegą przewodnika.

Ale gdyby się Korowajom „podpadło”, to nie wiem, jak takie nieporozumienie dla białego delikwenta by się skończyło. Jedno jest pewne. Każdy wyjazd turystyczny do plemion jest przed rozpoczęciem wyprawy rejestrowany na ostatnim posterunku policyjnym, po wcześniejszym uzyskaniu specjalnej przepustki wjazdowej ze zdjęciem turysty. Mój kraj w Indonezji nazywany jest  Polandią, a dzięki pomocy lokalnego Biura Podróży, otrzymałem zezwolenie od razu na całą skomplikowaną trasę. Masz je niżej.

 

 

Ostatnia noc w chacie Korowajów nie dłużyła  mi się. Może dlatego, że wielogłos dzikiej, pierwotnej dżungli zmieniły „swojskie” odgłosy cykad, chrumkanie świń szwendających się pod podłogą, oraz pianie kogutów.

O ósmej rano pożegnałem się z dr Rupertem Stasch i zeszliśmy w dół po gliniastej skarpie do łodzi, do której już zapakowano nasze bagaże. Odjazd z tego bardzo ciekawego, niezwykle interesującego „końca świata”, zagubionego gdzieś w środku wyspy:

– z daleka od zewsząd,

– gdzie survivalowa przygoda dała mi „ostro w kość”,

– gdzie mieszkałem siedem dni wśród ludu naprawdę pierwotnego, chodzącego w tym co sami wykonają- łącznie z oryginalną osłoną… „duob”,

– mieszkającego także w konarach drzew,

przyjąłem, nie zgadniesz- z ulgą (czuję się skatowany), ale jednocześnie z żalem, że  „już się skończyło”!

              Pewnie piszę jakąś herezję, ale tak po prostu czuję. Zdaję sobie sprawę, że za kilka lat ci ludzie i te zwyczaje znikną bezpowrotnie. A jeżeli będą to w postaci „lipnego skansenu”.

 

 

Na koniec z czego żyją?

Ci „z lasu” głównie z: łowiectwa, zbieractwa, palmy sagowej i hodowli świń.

Korowajowie osiadli w stałych wioskach, z tego co wcześniej wymienieni, oraz dodatkowo: uprawy bananowców, drobnych warzyw i hodowli kur. Oczywiście wsie posiadają również sklep (w Mabul były dwa).

W drodze powrotnej rzekami nie padało, więc mogłem wyjąć sprzęt fotograficzny. Prowizoryczne domki na brzegach budują Korowajowie z wiosek, na czas kiedy robią to samo co Korowajowie z lasu. Posiadają oczywiście łodzie, które napędzają silnikami z długimi wałami śruby. Płyniemy szybko- około dwadzieścia pięć kilometrów na godzinę, przynajmniej tak mi pokazuje GPS- łączna trasa z Dekai po nurcie rzek wynosi ponad sto kilometrów.

              Po drodze można zauważyć wioski plemienia Citak. Są bardziej zagospodarowane a na pewno mają bliżej do cywilizacyjnego zaopatrzenia, chociażby paliwa do łodzi i agregatów prądotwórczych. Największa wioska plemienna, Patipi numer Jeden, posiada nawet kościół katolicki.

              Wracam do hoteliku  w Dekai i piorę ciuchy w pralce. Nareszcie przestają śmierdzieć stęchlizną. Robię te notatki i cieszę się, że nikt w okolicy nie włącza muzyki na cały regulator, jak to miało miejsce w Mabul- po włączeniu agregatu prądotwórczego. Niestety znowu leje.

              Potem współtowarzysze wędrówki z Wiednia i Hong Kongu żegnają się, i odlatują do domu. Ja znowu samotnie tuptam zobaczyć bliżej miasteczko i następnego dnia odlatuję w papuaskie góry. Chcę pomieszkać wśród górskich plemion Doliny Baliem.

 

 

 

 

 

 

Indonezja, zdjęcia cz.1:Sumatra, Jawa, Sulawesi, Flores

Dodano: 03-04-2012

Wyspy Indonezji zwiedzone  podczas miesięcznej  trampingowej wyprawy objazdowej organizowanej przez Biuro Podróży w październiku i listopadzie 2007 roku.
Na Sumatrę z Singapuru przypłynąłem na stateczku o 19-wiecznym standardzie!!! Ciekawe rogate domy i … Jawa – najliczniej zamieszkana wyspa z największymi zabytkami Indonezji: zespoły świątynne, pałac  królewski, ale i … dymiące wulkany. Kolejna wyspa  Sulawesi z jej niesamowita kulturą „celebrowania śmierci” w okolicach Tana Toraja. Flores – jedna z najpiękniejszych wysp z „podwodnymi kwiatami”, oraz wulkanami.
Poniżej umieszczam galerię zdjęć z wyprawy. Obejrzyj również część II tej wyprawy: rejs po wyspach Parku Narodowego Komodo (słynne smoki z Komodo i Rinca), wyspy: Lombok oraz Bali.

Indonezja cz. I: Sumatra, Jawa, Sulawesi, Flores

Jawa, Sumatra, Sulavezi, flores, Tau Tau, Wulkany, Bromo, Semeru, orangutany, groby, podroznik,prelekcje,film, z wyprawy Jawa, Sumatra, Sulavezi, flores, Tau Tau, Wulkany, Bromo, Semeru, orangutany, groby, podroznik,prelekcje,film, z wyprawy Jawa, Sumatra, Sulavezi, flores, Tau Tau, Wulkany, Bromo, Semeru, orangutany, groby, podroznik,prelekcje,film, z wyprawy Jawa, Sumatra, Sulavezi, flores, Tau Tau, Wulkany, Bromo, Semeru, orangutany, groby, podroznik,prelekcje,film, z wyprawy Jawa, Sumatra, Sulavezi, flores, Tau Tau, Wulkany, Bromo, Semeru, orangutany, groby, podroznik,prelekcje,film, z wyprawy Jawa, Sumatra, Sulavezi, flores, Tau Tau, Wulkany, Bromo, Semeru, orangutany, groby, podroznik,prelekcje,film, z wyprawy podroznik,prelekcje,film, z wyprawy,spotkania, podroznicze, tramp, z lodzi, Jawa, Sumatra, Sulavezi, flores, Tau Tau, Wulkany, Bromo, Semeru, orangutany, groby, podroznik,prelekcje,film, z wyprawy Jawa, Sumatra, Sulavezi, flores, Tau Tau, Wulkany, Bromo, Semeru, orangutany, groby, podroznik,prelekcje,film, z wyprawy Jawa, Sumatra, Sulavezi, flores, Tau Tau, Wulkany, Bromo, Semeru, orangutany, groby, podroznik,prelekcje,film, z wyprawy Jawa, Sumatra, Sulavezi, flores, Tau Tau, Wulkany, Bromo, Semeru, orangutany, groby, podroznik,prelekcje,film, z wyprawy Jawa, Sumatra, Sulavezi, flores, Tau Tau, Wulkany, Bromo, Semeru, orangutany, groby, podroznik,prelekcje,film, z wyprawy podroznik,prelekcje,film, z wyprawy,spotkania, podroznicze, tramp, z lodzi, Jawa, Sumatra, Sulavezi, flores, Tau Tau, Wulkany, Bromo, Semeru, orangutany, groby, podroznik,prelekcje,film, z wyprawy Jawa, Sumatra, Sulavezi, flores, Tau Tau, Wulkany, Bromo, Semeru, orangutany, groby, podroznik,prelekcje,film, z wyprawy Jawa, Sumatra, Sulavezi, flores, Tau Tau, Wulkany, Bromo, Semeru, orangutany, groby, podroznik,prelekcje,film, z wyprawy podroznik,prelekcje,film, z wyprawy,spotkania, podroznicze, tramp, z lodzi, Jawa, Sumatra, Sulavezi, flores, Tau Tau, Wulkany, Bromo, Semeru, orangutany, groby, podroznik,prelekcje,film, z wyprawy podroznik,prelekcje,film, z wyprawy,spotkania, podroznicze, tramp, z lodzi, Jawa, Sumatra, Sulavezi, flores, Tau Tau, Wulkany, Bromo, Semeru, orangutany, groby, podroznik,prelekcje,film, z wyprawy Jawa, Sumatra, Sulavezi, flores, Tau Tau, Wulkany, Bromo, Semeru, orangutany, groby, podroznik,prelekcje,film, z wyprawy Jawa, Sumatra, Sulavezi, flores, Tau Tau, Wulkany, Bromo, Semeru, orangutany, groby, podroznik,prelekcje,film, z wyprawy podroznik,prelekcje,film, z wyprawy,spotkania, podroznicze, tramp, z lodzi, podroznik,prelekcje,film, z wyprawy,spotkania, podroznicze, tramp, z lodzi, Jawa, Sumatra, Sulavezi, flores, Tau Tau, Wulkany, Bromo, Semeru, orangutany, groby, podroznik,prelekcje,film, z wyprawy Jawa, Sumatra, Sulavezi, flores, Tau Tau, Wulkany, Bromo, Semeru, orangutany, groby, podroznik,prelekcje,film, z wyprawy Jawa, Sumatra, Sulavezi, flores, Tau Tau, Wulkany, Bromo, Semeru, orangutany, groby, podroznik,prelekcje,film, z wyprawy Jawa, Sumatra, Sulavezi, flores, Tau Tau, Wulkany, Bromo, Semeru, orangutany, groby, podroznik,prelekcje,film, z wyprawy podroznik,prelekcje,film, z wyprawy,spotkania, podroznicze, tramp, z lodzi, podroznik,prelekcje,film, z wyprawy,spotkania, podroznicze, tramp, z lodzi, podroznik,prelekcje,film, z wyprawy,spotkania, podroznicze, tramp, z lodzi, podroznik,prelekcje,film, z wyprawy,spotkania, podroznicze, tramp, z lodzi, Jawa, Sumatra, Sulavezi, flores, Tau Tau, Wulkany, Bromo, Semeru, orangutany, groby, podroznik,prelekcje,film, z wyprawy Jawa, Sumatra, Sulavezi, flores, Tau Tau, Wulkany, Bromo, Semeru, orangutany, groby, podroznik,prelekcje,film, z wyprawy Jawa, Sumatra, Sulavezi, flores, Tau Tau, Wulkany, Bromo, Semeru, orangutany, groby, podroznik,prelekcje,film, z wyprawy Jawa, Sumatra, Sulavezi, flores, Tau Tau, Wulkany, Bromo, Semeru, orangutany, groby, podroznik,prelekcje,film, z wyprawy Jawa, Sumatra, Sulavezi, flores, Tau Tau, Wulkany, Bromo, Semeru, orangutany, groby, podroznik,prelekcje,film, z wyprawy Jawa, Sumatra, Sulavezi, flores, Tau Tau, Wulkany, Bromo, Semeru, orangutany, groby, podroznik,prelekcje,film, z wyprawy Jawa, Sumatra, Sulavezi, flores, Tau Tau, Wulkany, Bromo, Semeru, orangutany, groby, podroznik,prelekcje,film, z wyprawy Jawa, Sumatra, Sulavezi, flores, Tau Tau, Wulkany, Bromo, Semeru, orangutany, groby, podroznik,prelekcje,film, z wyprawy Jawa, Sumatra, Sulavezi, flores, Tau Tau, Wulkany, Bromo, Semeru, orangutany, groby, podroznik,prelekcje,film, z wyprawy Jawa, Sumatra, Sulavezi, flores, Tau Tau, Wulkany, Bromo, Semeru, orangutany, groby, podroznik,prelekcje,film, z wyprawy podroznik,prelekcje,film, z wyprawy,spotkania, podroznicze, tramp, z lodzi, Jawa, Sumatra, Sulavezi, flores, Tau Tau, Wulkany, Bromo, Semeru, orangutany, groby, podroznik,prelekcje,film, z wyprawy

 

Indonezja, zdjęcia cz.II: Park Narodowy Komodo, Lombok, Bali

Dodano: 03-04-2012

 

Wyspy Indonezji zwiedzone  miesięczną  trampingową wyprawa objazdową z Biurem Podróży w październiku i listopadzie 2007 roku. W części I pokazałem wyspy: Sumatrę, Jawę, Sulawesi oraz Lombok.
Park Narodowy Komodo i Rinca z jego niesamowitymi głównymi mieszkańcami – smokami z Komodo. Warany – Varanus  Komodoensis, osiągają do 3 m długości i 150 kg wagi. Zainteresowanym prezentuję wykonane przeze mnie zdjęcia.
Obejrzyj również część I tej wyprawy: Sumatra, Jawa, Sulawesi i Flores.

Indonezja cz.II- Komodo, Lombok, Bali

bali,hinduskie swiatynie, na , kecak, wulkan, wulkany, pierscien ognia, bogini pele, bali,hinduskie swiatynie, na , kecak, wulkan, wulkany, pierscien ognia, bogini pele, betel,zucie betelu, bali,hinduskie swiatynie, na , kecak, wulkan, wulkany, pierscien ognia, bogini pele, Komodo, Rinca, warany z komodo, lombok,wulkany, Bali, swiatynie ,kecak, tatr cieni,filmy, z podrózy,prelekcje, bali,hinduskie swiatynie, na , kecak, wulkan, wulkany, pierscien ognia, bogini pele, bali,hinduskie swiatynie, na , kecak, wulkan, wulkany, pierscien ognia, bogini pele, Komodo, Rinca, warany z komodo, lombok,wulkany, Bali, swiatynie ,kecak, tatr cieni,filmy, z podrózy,prelekcje, bali,hinduskie swiatynie, na , kecak, wulkan, wulkany, pierscien ognia, bogini pele, Komodo, Rinca, warany z komodo, lombok,wulkany, Bali, swiatynie ,kecak, tatr cieni,filmy, z podrózy,prelekcje, Komodo, Rinca, warany z komodo, lombok,wulkany, Bali, swiatynie ,kecak, tatr cieni,filmy, z podrózy,prelekcje, Komodo, Rinca, warany z komodo, lombok,wulkany, Bali, swiatynie ,kecak, tatr cieni,filmy, z podrózy,prelekcje, Komodo, Rinca, warany z komodo, lombok,wulkany, Bali, swiatynie ,kecak, tatr cieni,filmy, z podrózy,prelekcje, bali,hinduskie swiatynie, na , kecak, wulkan, wulkany, pierscien ognia, bogini pele, Komodo, Rinca, warany z komodo, lombok,wulkany, Bali, swiatynie ,kecak, tatr cieni,filmy, z podrózy,prelekcje, lombok, wyspa egzotyczna,wulkany, podroznik, lodzki globtroter, pawel krzyk, Komodo, Rinca, warany z komodo, lombok,wulkany, Bali, swiatynie ,kecak, tatr cieni,filmy, z podrózy,prelekcje, bali,hinduskie swiatynie, na , kecak, wulkan, wulkany, pierscien ognia, bogini pele, bali,hinduskie swiatynie, na , kecak, wulkan, wulkany, pierscien ognia, bogini pele, Komodo, Rinca, warany z komodo, lombok,wulkany, Bali, swiatynie ,kecak, tatr cieni,filmy, z podrózy,prelekcje, lombok, wyspa egzotyczna,wulkany, podroznik, lodzki globtroter, pawel krzyk, bali,hinduskie swiatynie, na , kecak, wulkan, wulkany, pierscien ognia, bogini pele, lombok, wyspa egzotyczna,wulkany, podroznik, lodzki globtroter, pawel krzyk, Komodo, Rinca, warany z komodo, lombok,wulkany, Bali, swiatynie ,kecak, tatr cieni,filmy, z podrózy,prelekcje, Komodo, Rinca, warany z komodo, lombok,wulkany, Bali, swiatynie ,kecak, tatr cieni,filmy, z podrózy,prelekcje, bali,hinduskie swiatynie, na , kecak, wulkan, wulkany, pierscien ognia, bogini pele, lombok, wyspa egzotyczna,wulkany, podroznik, lodzki globtroter, pawel krzyk, Komodo, Rinca, warany z komodo, lombok,wulkany, Bali, swiatynie ,kecak, tatr cieni,filmy, z podrózy,prelekcje, bali,hinduskie swiatynie, na , kecak, wulkan, wulkany, pierscien ognia, bogini pele, bali,hinduskie swiatynie, na , kecak, wulkan, wulkany, pierscien ognia, bogini pele, bali,hinduskie swiatynie, na , kecak, wulkan, wulkany, pierscien ognia, bogini pele, bali,hinduskie swiatynie, na , kecak, wulkan, wulkany, pierscien ognia, bogini pele, lombok, wyspa egzotyczna,wulkany, podroznik, lodzki globtroter, pawel krzyk, bali,hinduskie swiatynie, na , kecak, wulkan, wulkany, pierscien ognia, bogini pele, Komodo, Rinca, warany z komodo, lombok,wulkany, Bali, swiatynie ,kecak, tatr cieni,filmy, z podrózy,prelekcje, Komodo, Rinca, warany z komodo, lombok,wulkany, Bali, swiatynie ,kecak, tatr cieni,filmy, z podrózy,prelekcje, Komodo, Rinca, warany z komodo, lombok,wulkany, Bali, swiatynie ,kecak, tatr cieni,filmy, z podrózy,prelekcje, bali,hinduskie swiatynie, na , kecak, wulkan, wulkany, pierscien odnia, bogini pele, bali,hinduskie swiatynie, na , kecak, wulkan, wulkany, pierscien ognia, bogini pele,

 

 

 

Papua, Dolina Baliem

Dodano: 21-09-2017

Dolina Baliem, Papuasi Dani.

Miałem obawy czy dolecę samolotem Trigana Air z Dekai do Wamena, ponieważ te krajowe loty odbywają się wyłącznie przy dobrej pogodzie.

Dokąd przybyłem?

  • Do Azji Wschodniej, do jednej z największych w świecie połaci lasu deszczowego.
  • Na spotkanie z jednymi z ostatnich, żyjących w górach, wyizolowanych plemion naszej planety.
  • Poznać fascynującą przyrodę Doliny Baliem- otoczonej szczytami górskimi, wiecznie zielonej, położonej nad rzeką z niedostępnym lasem tropikalnym.
  • Na kolejny kraniec „naszego świata” z miejscami nie skażonymi cywilizacją.

Chyba przyciągnęło mnie najbardziej plemię Dani, którego męscy przedstawiciele przykrywają  „swojego członka” krótkimi tykwami. Faktem jest, że większość odwiedzających indonezyjska Papuę turystów, traktuje ten górzysty region jako cel przyjazdu. Nic dziwnego, łatwo tutaj dotrzeć samolotem, a miasteczko Wamena jest dobrą bazą wypadową- bramą w okoliczne góry do górskich plemion, z których cześć była „łowcami głów”.

Dolina przez świat zewnętrzny została odkryta dopiero w połowie dwudziestego wieku, i wtedy stała się światową sensacją. Obecnie legenda o kanibalach nadal żyje, choć zjadanie ludzkiego mięsa, zostało zastąpione przez… chrześcijaństwo w tej czy innej formie.

Trawiaste spódnice i tykwy na penisach, powszechne do końca ubiegłego wieku, zostały zamienione na tańszą odzież w stylu „cywilizacyjnym”. Sądzę, że pod zasłoną odzieży i zachodniej religii, tradycyjny styl życia i wcześniejsze wartości pozostają silne.  

Po nocy  w hotelu w Wamenie pojechałem minibusem w rejon cieszącego się złą sławą miejsca niebezpiecznego, bazaru Jibama. Tam przesiadłem się na następny autobusik zmierzający w stronę Kuruku. Mają zwyczaj wyczekiwania na wypełnienie się busa do ostatniego  miejsca. Po pół godzinie zbierania się pasażerów i czterdziestu pięciu minutach jazdy, wysiadłem wraz z japońskim trampem w pobliżu wioski Mummy (mumia)- jest oddalona około trzysta metrów. Już po drodze nagabują nas usłużni przewodnicy w kotekach. Prowadzą do wioski, gdzie czeka grupka nagusów obojga płci i nagim drobniejszym przychówkiem. A wszystko po to, aby skasować po równowartości około jednego euro w miejscowej walucie (rupie Indonezji), za jedno zdjęcie jednej osoby! Znajduje się tam już grupka czterech Duńczyków… i wszyscy rezygnujemy z mocno wygórowanych oczekiwań.

Ja poszedłem pieszo dróżką w bok około pięćset metrów, do wioski Anemoigi, którą mi wcześniej pokazywano ze słowami „ceremonia”. W opłotkach wioski coś wykrzykuje nagi wojownik, wystrojony w: kotekę, naszyjnik, opaski z piórek na ramionach, oraz fantazyjnie powtykanymi we włosy dziesięcioma większymi piórami ( w górę, w bok i dół). W ręku ma łuk ze strzałą na cięciwie, a stoi na szczycie słupa ze splecionych grubych gałęzi. Krzyczy w języku Dani!

– Zrozum go!

Później jęknęła cięciwa… i strzała w moją stronę nie wyleciała. To wódz wioski Jali Mabul powitał gości!

 

 

 Po chwili już z nim plotkuję- posyła mnie do swojego syna Mariusa. Zza zakrętu ścieżki wychodzą młodzi jegomoście w „halimach”- w mowie Dani, czyli to samo co „koteka”- w angielskim, a wszystko to osłony na… „członka”. Wszyscy poprawiają na sobie różnorakie ozdoby. A to fantazyjne pióropusze dookoła głowy, takie nad czołem z wielgachnym kolorowym piórem, czy tylko ze splecionym z pnączy pierścieniem na głowie. Ciała częściowo wymalowane popiołem i gliną. Dekoracji dopełniają naszyjniki, pierścienie na rękach oraz dzidy i łuki.

Marius mnie odnajduje i łamanym językiem angielsko- indonezyjskim dogaduję się, że pozwalają mi z nimi zamieszkać. Mam nocować w okrągłej „chacie hotelu” dla gości. W przeszłości była domem najstarszej żony wodza Jali. Dookoła jest tylu, świecącymi nagimi pośladkami i „klejnotami” na wierzchu członków plemienia, gdyż oczekują na wspomnianych Duńczyków. Mnie prowadzą do chaty hotelowej i nie pozwalają uczestniczyć w „ceremonii” dla turystów- za to trzeba zapłacić prawie dwieście euro. Uzgadniam cenę za nocleg z kolacją i czekam. Przedstawienie trwa ponad trzy godziny ze śpiewami, tańcami, zabiciem oraz pieczeniem „w dole” świniaka, pokazami łuczniczo- oszczepniczymi … Następnie ceremonia przenosi się na podwórko z moją chatą, gdzie dołączają kobiety i dzieciaki. Całkiem niezły tłumek nagusów obojga  płci. Kobiety noszą wyłącznie trawiaste spódnice.

………….

Reszta opowieści znajdzie się w książce ” Wśród ludów pierwotnych”.

Jeżeli zaprosisz chętnie przyjadę i opowiem o pobycie wśród ludu Dani.

………….

Po powrocie do Wameny i hotelowym noclegu, w ostatni dzień zorganizowałem wycieczkę w przeciwną, południową stronę Doliny do Kalisie. Publiczny mikrobus jedzie miejscami po dziurach i wyrwach, zwłaszcza przy pokonywaniu szerokich koryt okresowych rzek. Po około pięćdziesięciu minutach, najdalej na południe można dojechać do Jetni PP. Niezwykle wyboisty trakt kończy się kilkaset metrów przed korytem rzecznym, które pokonać trzeba na boso po płyciźnie, lub po chybotliwych drągach nad rwącą wodą dopływu rzeki Baliem. Wybrałem drągi ponieważ nie chciało mi się zdejmować sandałów oraz skarpetek, i parę razy… zadrżały mi nogi!- nie tylko od chybotu drewna.

Dalej na trasie można wyłącznie pieszo. Dotarłem w półtorej godziny do Kubima. Tam pożegnał się ze mną przygodny znajomy z minibusu. Przy drodze dokupiłem wody i chciałem dojść do Kalisie, miejsca turystycznego, dokąd organizowane są dwudniowe trekkingi w góry. Wszystko dla podziwiania piękna natury, wysokogórskich krajobrazów i przełomów rzeki Baliem, zmierzającej w dół w kierunku równin, pokrytych lasem deszczowym i Morza Arafura.

Przy drodze Papuaski oferują banany i mandarynki z obowiązkowym, przyjaznym uśmiechem i podaniem ręki na powitanie. Ja niestety znam z lokalnego języka ludu Dani wyłącznie:

– Wa… Wa… Wa… (witaj, dziękuję i do widzenia) oraz nazwę kraju.

Spacer wzdłuż doliny jest niezwykle przyjemny, pośród dziko rosnącej trzciny cukrowej, tarasowych pól i coraz głośniejszym szumie rzeki gdzieś niżej. W końcu za Karima zboczyłem na wiszący most. Kobiety z wielgachnymi tobołkami niesionymi w chustach zaczepionych na głowach, żwawo po nim maszerują. Ja jednak się zastanowiłem po kilkunastu krokach. Zawieszone na trzech linach, częściowo połamane deski, jakoś ostrzegawczo protestują, trzeszcząc przy każdym kroku. A niżej kilkadziesiąt metrów do mętnych kaskad rzeki, zaczynającej „ryczeć”, pędząc coraz szybciej w dół.

– Ile one ważą?- czterdzieści, pięćdziesiąt kilogramów, przy swoich około metr czterdzieści wzrostu?

– A ja mam setkę- to tak jakby dwie i pół kobiety nagle obciążyło kruchą klepkę.

Nie chciałem przygód w stylu Indiany Jonesa, więc zawróciłem.

 

 

Po dalszych kilkudziesięciu minutach zrezygnowałem z  dalszej drogi, gdyż mój trakt zmienił się w stromą górską perć, wijącą się po stromiznach i osuwiskach kamiennych w  górę i dół. Muszę również tego samego dnia wrócić z powrotem. Spotykam pierwszego na południu doliny „kotekowca”. Idzie ścieżką w towarzystwie dwóch kobiet ubranych „po chrześcijańsku”. Sądzę, że im dalej turysta oddali się od miejskiego gwaru Wameny, tym więcej napotka tradycyjnego stylu życia mieszkańców. Mniej będzie odczuwalny „turystyczny skansen” czy turystyczne „ceremonie” z życia „łagodnych wojowników”.

Wracając przez przypadek natknąłem się na komunalne święto w okręgu Karima. Polega na gromadzeniu się wszystkich mieszkańców wśród tradycyjnych wioskowych chat pod strzechami, na które przynoszą to, czym dysponują. Najbardziej widowiskowe i nagradzane brawami zebranych, są żywe wieprze: niesione na drągu, wiezione w poprzek na motocyklu, czy zwyczajnie transportowane na karku. Kobiety niosą pakunki w chustach wraz ze swoim potomstwem. Poszczególne osady tej miejscowości gromadzą się przy  drodze, by potem razem wejść do miejsca uczty. Ostatnia grupa biegła z górki, niosąc ze śpiewem naręcza zieleniny- jak sądzę warzyw do jedzenia wraz z mięsem oraz do wyłożenia dołu (-ów) do pieczenia z kamieniami. Pieczenie tradycyjnym sposobem przy pomocy gorących kamieni, na wyżynach Doliny Baliem nazywają „bakau batu”, a tutaj na południu doliny „ulat sagu”. Najpierw rozpalają duży ogień z kamieniami w środku. Kiedy drewno zamieni się w popiół a kamienie staną się gorące, wtedy w dole lądują wiktuały spożywcze pośród kamieni owiniętych liśćmi.

 

 

Ciekawa wydała mi się ostatnia przygoda, podczas powrotnego przekraczania rzeki w drodze do minibusu. Znowu z lenistwa wybrałem przejście po drągach i… mało nie wpadłem do wody. Nieco zmęczony, samotnie, wolno przesuwałem  stopy, gdy jeden  z pniaków odsunął się w sposób przeze mnie nie przewidziany. W pewnej chwili zobaczyłem czarną, pomocną dłoń, która pomogła zachować równowagę. Widziałem wprawdzie starszaka w podobnym wieku, stojącego dłuższy czas przy mostku, ale nie zauważyłem

– kiedy wszedł za mną i został moim ANIOŁEM STRÓŻEM!

Odszedł z wprawą gimnastyka na swoją stronę rzeczki i niknął w krzakach, zanim zdążyłem mu podziękować.

            – Cóż!- warto było jednak się rozebrać i przejść  wodą.

Wydaje mi się, że obecnie w Dolinie Baliem turystyka jest bardzo ważną częścią życia mieszkańców. Trzydziestotysięczne miasto Wamena zamieszkuje wiele pokrewnych grup etnicznych, z których najbardziej wyróżniają się Dani, Lani i Yali. Ja nie potrafiłem ich odróżnić. W mieście w kotekach natrafiałem wyłącznie na nielicznych sprzedawców pamiątek. Im powędrowałem dalej w góry, tym bardziej spotykałem się z tradycyjnym stylem życia. Warto w Wamenie zajrzeć na bazary. Na pewno zaciekawią kolorytem.

 

 

Praktyka zwiedzania doliny może być rozmaita:

  • można wykupić niezwykle kosztowne wycieczki,
  • przyjechać samemu i zaraz po przylocie na lotnisku być przedmiotem molestowania hordy anglojęzycznych przewodników, którzy zaproponują za słoną opłatą różnej długości wycieczki- nawet do trzydziestu dni.
  • Wreszcie, można wszystko zrobić samemu, chociażby powędrować moimi śladami. Albo wynająć sprawdzonego przewodnika tylko na konkretny szlak.

Jak długo jeszcze?

            Obawiam się, że wkrótce Dani i inni znikną w tłumie ćwierć miliardowej indonezyjskiej populacji.

Czy ich zapamiętam?

Pozostaną w pamięci utrwaleni, nie tylko wskutek trudności z dotarciem do nadrzewnych Korowajów. Zostaną w niej podobnie jak pierwsza podróż na drugą stronę Wyspy Nowa Gwinea, zajmowana przez państwo Papua i Nowa Gwinea.

Niżej mapka trasy w Dolinie Baliem.