D. R. Kongo: Banalia, Mpondo, Kisangani , relacja z podróży
DR Kongo: Banalia, Mpondo, Kisangani , relacja z podróży (na luty/marzec 2026)
Tekst i foto: Paweł Krzyk
Banalia
Obecnie moim celem jest północna cześć Demokratycznej Republiki Konga. Trzeba w tym celu dotrzeć najpierw samolotem do Kisangani. Stamtąd już prawdziwa wyprawa prosto na północ. W odległości ponad 150 kilometrów znajduje się miasteczko Banalia, zagubione pośród prawie nieprzebytych lasów równikowych nad rzeką Linzi(Aruwimi (dopływem Konga). Ładnie jest powiedzieć 150 kilometrów i to po jednej z głównych dróg krajowych ( nr 4), ale faktycznie to straszliwe bezdroże, gdzie wyboje są ogromne, i potrzeba nie lada umiejętności kierowcy. Po drodze mnóstwo scenek wioskowych, wypalanie wiekowego lasu równikowego dla pozyskania pól uprawnych. Jest to również droga bez bocznych odgałęzień. Dotrzeć głębiej oznacza pewnie przedzieranie się…
Przyjechałem po zmroku w sobotę i w najlepszym hoteliku… nie było miejsca dla wszystkich. Zamówić nie można, gdyż tutaj nie oferują rozmowy telefonicznej, czy zamawiania przez internet.
Potrzeba było kombinacji. Mamy miejsce do spania bez prądu i dobrze, że w Kisingani zrobiliśmy zakupy na trzy dni. Jedyna możliwość zjedzenia to stolik jak na kempingu. W rogu placu parkingowego grupka kobiet zrobiła garkuchnię przy ognisku- jak zamówisz to za 2 godziny może coś zjesz. Na ulicy gwarnie, szczególnie przy sklepikach i buszbarach z alkoholem i hałaśliwą muzyką, czyli witam na jednym z krańców świata.
Rankiem w Banalia ruszamy samochodem na prom przez szeroko rozlaną rzekę Aruwimi (dopływ Konga). Super egzotyka wokół promu, załadunek obładowanych motocykli na długie drewniane pirogi, tłum komentujący „Mundele na promie”…
Wreszcie jesteśmy po drugiej stronie rzeki i jedziemy po coraz paskudniejszych wertepach…
Mopondo
Niestety po kilku kilometrach samochód utknął na dobre, osiadł na osiach i z kołami niedotykającymi gruntu. Mamy do pokonania jeszcze 100 kilometrów do celu wyprawy, którym jest granica kolejnej prowincji. Jedyną możliwością dalszej jazdy była przesiadka na motocykle. My jedziemy parami: kierowca i jeden pasażer, Miejscowi po więcej- nawet czterech pasażerów, kierowca wtedy siedzi na baku z paliwem. Zresztą tak samo prowadzą motocykle zamienione w ciężarówki . Nieliczne wielkie ciężarówki są także, ale jeżdżą w grupach po kilka, aby mogły się nawzajem wyciągać z błotnych topieli. Motocykle zwykle poruszają się w śladach opon, które przypominają małe kaniony, tylko kierujący w długich gumowcach potrafi utrzymać równowagę pojazdu odbijając się od kolejnych pogórków. Gdy się ma pecha, alternatywą jest wywrotka w błotko, czego dwu krotnie doświadczył Mechredż. Mnie się udało ale jestem na moście granicznym prowincji po ośmiu godzinach nieustannego masażu na motocyklu, w strasznych warunkach z nogami oblepionymi błotem do kolan. Wkraczamy za mostem na rzece Tele do wioski Mopondo w prowincji Bas Uele. Zainteresowały nas informacje o Strefie Ochronnej dla okapi, słoni leśnych i małp…
Kolejny posterunek graniczny i godzinna kontrola dokumentacji grupy z… opłatami. Bez oficjalnch glejtów dojedzie się tylko do pierwszego punktu kontrolnego. Ten ostatni punkt nas faktycznie zatrzymał, gdyż wjazd uzależnił od zakazu fotografowania, a zaczynało zmierzchać. Nam pozostało jeszcze 8 godzin na powrót w ciemności. Lepiej spuszczę kurtynę i nie opowiem o swoich uczuciach dotyczących powrotu. O 2,30 w nocy docieramy z powrotem do nieczynnej nocą przeprawy promowej w Banalia. Hotelik pełny, więc pozostało tylko kimanie na wąskiej desce- siedzeniu lokalnego buszbaru. O 5,30 usłyszałem głos Valentina, wyciągającego mnie z letargu: Paweł wstawaj, mamy pirogę na drugą stronę rzeki. Warto jeszcze dodać, że lokalni zlitowali się nad nami, rozpalając obok nas dymiące ognisko odganiające skrzydlate paskudztwa lasu tropikalnego, w tym liczne malaryczne moskity.
Kisangani
Miasto Kisangani jest milionowym miastem w środkowej części Kongo i stolicą regionu Tshopo nad rzeką Kongo.
Do odnotowania historyczne polonika: w latach 60. XX wieku, był tutaj polski podróżnik Kapuściński, gdy Kongo przeżywało niestabilność po uzyskaniu niepodległości i późniejsze rządy Mobutu Sese Seko…
Trochę takim dziwnym wydaje się współcześnie bo miasto duże, ale jednak asfalt „rozwinęli” tylko w centrum. Nieco poza najważniejszymi budynkami jest standard kongijski: gigantyczne dziury w jezdni z korytami rzeczek wzdłuż drogi po roztopach, a przynajmniej tak daleko, że woda pory deszczowej zdołała z czegoś co robi za jezdnię spłynąć w bok.
Kisangani jest znane ze swoich wodospadów na rzece Kongo.
Tu przyjeżdża każdy turysta, choć powinienem powiedzieć podróżnik- jeżeli tutaj dotrze. Na skraju rzeki pomiędzy głazami woda nieco opada, a pomysłowi rybacy sakami próbują coś złowić. Drugi wodospad, nie tak spektakularny powstał przy tamie energetycznej.
Ja zrobiłem tutaj stopa na noc odpoczynku, po męczarni opisanej wcześniej drogi przez ponad 250 kilometrów.
Przejście na następnej relacji: Kinszasa




