R. Kongo: Kindu, Kalemie , relacja z podróży

  1. R. Kongo: Kindu, Kalemie , relacja z podróży (na luty/marzec 2026)

Tekst i foto: Paweł Krzyk

              Rozpocząłem kolejną afrykańską przygodę. Patrząc na sytuację wewnętrzną w kraju- nieco szaloną. Rozpocząłem w Kinszasa (dawniej Léopoldville) – stolicy i największym mieście  Demokratycznej Republiki Konga, dawniej stolicy Zairu. Jest to drugie co do wielkości miasto Afryki (ponad 17 milionów mieszkańców), po Kairze w Egipcie, Położone jest na południe od równika nad rzeką Kongo.

Miasto bardzo zakorkowane i widać wyraźnie wpływy chińskie. Pozdrawiam z Hotelu Sultani.

 

 

 

 

 

 

Kindu

Dzisiaj mam dzień na dotarcie we wschodnie regiony Demokratycznej Republiki Konga.  Robię to samolotem, gdyż to ogromny kraj siedmio-krotnie większy od Polski i można w nim lecieć ze stolicy dwie i pół godziny w jednym kierunku.  Najpierw było ponad 3 godzinne czekanie przed wejściem do terminalu w Kinszasie, bo 2 godzinne opóźnienie.

Moim pierwszym stopem było Kindu, około 130 tysięczna stolica prowincji Maniema. Z okna wolno mijały nieprzerwane niczym zielone połacie tropikalnego lasu, jeżeli nie liczyć wijącego się pasma ogromnej rzeki Kongo. Nic dziwnego, Kindu to prawie środek kraju nad równikiem, gdzie prawie nie ma dróg. Samolotów niewiele a gdy przyleci jest ciekawostką dnia. Tak było dzisiaj gdy grupka fotoreporterów rzuciła się witać wysiadających kilku miejscowych notabli.

 

 

 

 

 

 

 

Kalemie

W Kalemie, 150- tysięcznej stolicy kongijskiej prowincji Tanganika wylądowałem po godzinie lotu z Kindu. Jest początek pory deszczowej i muszę chronić się przed moskitami roznoszącymi malarię. W Kindu padało, a tutaj nad jeziorem Tanganika pozostało słoneczko, lecz znad jeziora od strony Tanzanii słyszę pomruki burzy tropikalnej. Jezioro jest długaśne, faktycznie to 640 km długości, co oznacza, że jest najdłuższym słodkowodnym jeziorem świata; jednym z wielkich jezior afrykańskich i stanowi granicę D.R.Konga z Tanzanią od Burundi do Zambii. Ciszę przedwieczorną wykorzystujemy do zwiedzenia miasteczka, rozciągającego się wzdłuż brzegu.  W zachodzącym słońcu ślicznie prezentują się, leżące na plaży długie łodzie rybaków. Ulice miejskie z wielgachnymi dziurami prawie uniemożliwiają jazdę.  Przez centrum z dwoma  kościołami, po wertepach wyjeżdżamy na wzgórze z kolonialnymi pozostałościami z czasów I wojny światowej, kiedy stronami nad jeziorem były Niemcy i Belgowie. Ci ostatni pozostawili kilka budynków oraz dwa duże działa w kształcie grzybów.

 

 

 

 

 

 

Możesz zapytać; dlaczego w Demokratycznej Republice Konga nie przemieszczam się drogami?

Faktem jest, że unikam ich, jeżeli to możliwe.  Powodem jest stan nawierzchni, gdzie niejednokrotnie w drodze różnica poziomu pomiędzy dziurami w jednym miejscu może być większa niż pół metra.

Przykład z Kalemie.  Najważniejszym miastem w tym rejonie to Lubumbaszi na granicy z Zambią. Z Kalemie to około 800 kilometrów, na mapie tak prosto i niedaleko patrząc na wielkość kraju.

Jak sądzicie, ile godzin potrzeba na przejazd?

Nie sposób odgadnąć- tutaj potrzeba na to: ile godzin? NIE, tutaj określa się odległości najczęściej w… dniach. Na tej głównej drodze krajowej jedzie się 3 dni, oczywiście 4×4. Ciężarówki zwykle nie posiadają błotników, gdyż karkołomne skoki kół powodują ich zniszczenie. Na pewno potrzeba do takiej jazdy „zdrowia „, że nie wspomnę o innych zagrożeniach, najczęściej roznoszonych przez moskity. Lepiej również „nie wywoływać wilka z lasu”, który tutaj nosi kałasznikowa i czasami wymusza coś na prowizorycznych punktach kontroli, składających się ze sznurka z „farfoclami” w towarzystwie uzbrojonego ważniaka ze srogą miną…

Mnie podobały się w Kalemie przydrożne bazary.

Czasem w Kongo najlepiej popłynąć rzekami. Jest połączenie dużymi łodziami- pirogami z rzeką Kongo. Taka jazda drogą czy łodzią, to niesamowita egzotyka, gdzie indziej niedostępna uczta dla podróżnika, zwykły turysta raczej tutaj nie trafi. TAKIE COŚ, długo się pamięta…, choć z mojej praktyki… nie zawsze chciałoby się do takich miejsc wracać.

 Ale marudzę!, to dlatego, że mam trochę czasu podczas długiego oczekiwania na odloty. Obiecuję poprawę… zaglądajcie do mnie.

Serdecznie pozdrawiam z rejonu Wielkich Rowów Afrykańskich, gdzieś tam koło równika w środku przy Tanganice.

 

 

 

 

 

 

Przejście do następnej relacji: Banalia…