Erytrea, relacja z podróży
Erytrea, relacja z podróży.
Tekst i foto: Paweł Krzyk
Afryka! Niektórzy w takt piosenki powiedzą „Afryka dzika”. Sądzę podobnie, że dawno odkryta, ale… Akuratnie to „ale”, mnie ciągnie tutaj po raz kolejny. Mógłbym w tym miejscu wymienić wiele komunałów- wszystkie będą prawdziwe w zależności od kraju, do którego je odniesiemy. Przede wszystkim Afryka jest ogromna i niezwykle zróżnicowana.
Z wyjątkiem kilkunastu wysp na Pacyfiku, właśnie w Afryce czasami czuję się jak odkrywca.
– Idiota, pieprzy od rzeczy!- ktoś powie. Ale powiedz mi czytelniku tej relacji:
– jak mam nazwać odczucie, kiedy jako turysta jestem sam w danym kraju?
– Gdzie wielokrotnie spotykam się z czymś takim: stoję sobie spokojnie w jakimś sklepiku czy barze ulicznym, podchodzi dzieciak w wieku przedszkolnym i próbuje zmazywać swoimi paluszkami tę „biała farbę” z mojej dłoni! To zachowanie jak za czasów… Livingstona?
Wcale nie żartuję- w kilku afrykańskich krajach się z tym zetknąłem. Ostatnio w Asmarze, stolicy Erytrei.
Kraj to trudny do odwiedzenia gdyż na samą wizę poczekasz miesiąc w berlińskiej Ambasadzie Erytrei. Erytrea jest specyficznym zakątkiem Afryki, odizolowanym od reszty regionu- nazywanego Rogiem Afryki. Granice lądowe są bowiem zamknięte, ze względu na występujące napięcia polityczne pomiędzy: Erytreą a Etiopią, Erytreą a Dżibuti i Erytreą a Sudanem, oraz – co się z tym wiąże – dużą koncentrację wojsk na pograniczu. Jedyną dostępną drogą są połączenia lotnicze,
– „niezła klatka” o wielkości ponad trzeciej części naszego kraju!
Żeby zbytnio nie zagłębiać się w politykę, jest to kraj dziwny, który wymaga od każdego turysty uzyskania specjalnego zezwolenia (Turist permit), aby móc wyruszyć dokądkolwiek poza stolicę. Wprawdzie można ten glejt otrzymać bez większych problemów, ale zawsze sam fakt wystąpienia takich formalności coś mówi.
Przed przyjazdem przeczytałem, że wielu młodych czarnoskórych Afrykańczyków szturmujących wszelkie „wrota” do Europy, pochodzi z Erytrei. Od czasu obalenia libijskiego dyktatora, tysiące Erytrejczyków przemierza Saharę i Morze Śródziemne do Europy. W 2015 roku do Europy dostało się około pięćdziesięciu tysięcy Erytrejczyków. Do czerwca 2016 roku niemal wszyscy uciekinierzy erytrejscy otrzymali status uchodźców politycznych.
– Dlaczego?
Otóż to państwo o ponad sześciomilionowej populacji stosuje na masową skalę praktykę niewolniczej służby w armii. Niby nic specjalnie dziwnego, ale…
-zgadnij na jak długo?- Aż dwadzieścia lat!
Po ukończeniu szkół (zwykle około dwudziestego roku życia) mężczyźni obowiązkowo są wcielani do wojska. Prócz tego można powołać każdą niezamężną kobietę. Oprócz wojska można być skierowanym bezterminowo do cywilnej pracy w dowolnym miejscu kraju. Zresztą nie tylko w kraju, ponieważ w czasie walk w Somalii Erytrea wysłała kilkutysięczny kontyngent wojskowy wspierający jedną ze stron konfliktu. Z tego też powodu ONZ nałożyła w 2009 roku na Erytreę sankcje gospodarcze. Przemieszczanie się wewnątrz kraju oraz wyjazd za granicę, jest możliwy dopiero po odsłużeniu wojska. Według działaczy praw człowieka, Erytrea jest państwem totalitarnym – pod tym względem… na 179 miejscu w rankingu „Reporterów bez Granic”.
Wciśniętą w narożnik Afryki Erytreę, cechuje silne poczucie narodowej tożsamości. W jego ciasnych granicach mieszczą się zarówno spalone słońcem pustynie, jak i żyzne wyżyny i wysuszone równiny. Bogactwo i piękno kraju nie umknęły uwadze świata i Erytrea na ponad pięćdziesiąt lat stała się włoską kolonią. Czas kolonialny przeminął wraz z zakończeniem się drugiej wojny światowej. Erytreą targały jednak wojny aż do czasów obecnych. Najpierw związane z detronizacją cesarza Hajle Sellasje, potem wewnętrzne z rządem marksistowskim, wreszcie z Etiopią o niepodległość- niepodległe państwo powstało w 1993 roku.
Po ustanowieniu niepodległości w Erytrei powołano rząd przejściowy na cztery lata. Prezydentem nowego państwa został Isajas Afewerki, który… rządzi do dzisiaj.
W 1998 roku wybuchła wojna z Etiopią o przebieg granicy odziedziczonej po epoce kolonialnej. Po dwóch latach krwawej jatki podpisano porozumienie pokojowe a strony oddzielono żołnierzami ONZ.
I dalej pokrótce:
– planowane na 2001 rok wybory parlamentarne bezterminowo odroczono…, –
– konstytucja nie weszła w życie,
– parlament ostatnio zebrał się w 2002 roku
– a ostatni zagraniczny korespondent został wydalony z Erytrei w roku 2006.
W 2008 roku miał miejsce konflikt graniczny między Dżibuti i Erytreą, który pozostał nierozstrzygnięty. Ostatnie starcie zbrojne miało miejsce w 2010 roku z Etiopią.
Obecnie jest spokojnie i akurat ten czas wykorzystałem, aby tutaj przyjechać. Wbrew temu co mogłoby się wydawać po powyższym opisie, uważam ten kraj za bezpieczny dla rozważnego turysty. Bezpieczny dla takiego podróżnika, który będzie zajmował się wyłącznie turystyką, nie ujawniał sympatii politycznych w stosunku do graniczących z Erytreą państw oraz nie zbliżał się do jej granic.
Przyjazd do Erytrei rozpoczął się przygodą w czasie dolotu. Podczas przesiadki na lotnisku w niemieckim Dusseldorfie okazało się, że mojego kolejnego lotu nie ma.
-„Kuna”, po prostu nie ma w spisie! Zniknął jak kamfora, wskutek zamknięcia lotniska w Erbil- stolicy irackiego Kurdystanu. Ja nie otrzymałem żadnej informacji…
– Cóż było robić?
Musiałem zmienić loty i wcześniej niż zamierzałem przybyć do Asmary. Po wylądowaniu w środku nocy, zaskoczony zostałem cenami taksówek: za przejazd odległości pięciu kilometrów z lotniska do hotelu w centrum miasta, łobuzy żądają aż 25 dolarów amerykańskich. Rankiem rozpoczynam od uzyskania „Turist permitu” w biurze znajdującym się przy katedrze- największym zabytku stolicy Erytrei. Złożyłem dokumenty i określiłem miejsca które chcę zwiedzić. Trzeba podać wszystko: nie tylko dokąd i kiedy, ale również czym się wojażuje. W ten sposób musiałem zaplanować każdy dzień do końca pobytu. Czekając cały dzień na wydanie pozwolenia, rozglądam się i pieszo wędruję po centrum tego w sumie ładnego miasta.
Asmara kiedyś stare miasto etiopskie, zajęta w 1889 roku przez Włochów, stała się stolicą kolonii i temu zawdzięcza swoje najładniejsze zabytki. Architektura miasta przywodzi na myśl zabudowania w stylu typowym dla architektury Włoch z lat trzydziestych poprzedniego wieku. Wiele budynków nadal posiada włoskie naleciałości: Fiat, Alfa Romeo, Bar Roma, Kino Impero, Caffe Alba czy Dom Włoski. Ponadto część mieszkańców Asmary wciąż używa języka włoskiego, co tworzy atmosferę jak rodem z filmów Felliniego. Miasto próbuje się modernizować, aby odzyskać blask utracony podczas wieloletniej walki o niepodległość. Asmara pod wieloma względami nie wygląda jak afrykańska metropolia- jest leniwym, spokojnym miastem, gdzie jest porządek i czyste, górskie powietrze. Gdzie bywa chłodno a w kawiarniach serwują: kawę po włosku, pizzę i inne włoskie przysmaki. Asmara jest położona na wysokości ponad 2 400 metrów nad poziomem morza, co tłumaczy jej odmienność i znośną temperaturę.
Stolica Erytrei, podobnie jak w Polsce Gdynia, zasługuje na uwagę jako miasto modernistyczne. Z tego powodu w 2017 roku miasto zostało wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Sercem Asmary jest strzelisty budynek katolickiej katedry św. Marii z 1922 roku, znajdujący się przy głównej ulicy Asmary- Harnet Avenue. Niemal wszystkie ciekawe miejsca oraz hotele znajdują się przy Alei Harnet, bądź w niedużej od niej odległości.
Wolno spacerując zwiedzam główne zabytki miasta, między innymi koptyjski kościół i meczet Jaime el Kufala. Wart spaceru zwłaszcza w sobotę jest ciekawy bazar w pobliżu dworców autobusowych. Zaś wyjątkowym doświadczeniem może być cmentarzysko zużytego sprzętu wojskowego, czołgów i temu podobnych zardzewiałych różności na terenie Den Den Military Camp. Tam też można dojść pieszo w ciągu dwudziestu minut. Przed wieczorem odebrałem zezwolenie na wyjazd poza stolicę i zmieniłem hotel na leżący tuż przy dworcach autobusowych. Od wczesnego ranka ruszam poza Asmarę.
Pierwszą wycieczką poza Asmarę był przejazd w kierunku Kohaito. Wszelkie autobusy odjeżdżają po skompletowaniu wszystkich pasażerów. Oznacza to oczekiwanie do jednej godziny, aż zajęte zostaną wszystkie miejsca siedzące. Na dworcu nie ma: jakiejkolwiek informacji, rozkładu jazdy i tabliczek na pojazdach. Będziesz zaskoczony, gdy już dopytasz się, z którego miejsca nastąpi odjazd z wielgachnego placu. Autobusu czasem jeszcze nie ma, ale przy wkopanej oponie lub głazie stoi rządek: jakichś toreb, torebek, butelek czy nawet kamieni- oznacza to kolejność pasażerów do wejścia i zajmowania miejsc w pojeździe. Czasem jest więcej chętnych niż miejsc, więc ci którzy nie weszli, ustawiają się w kolejce do następnego autobusu. W środku nie ma tłoku a podróż jest przerywana co około dwie godziny krótkim odpoczynkiem, który można wykorzystać na: rozprostowanie kości, sesję fotograficzną lub do zjedzenia posiłku. Przyszedłem na dworzec już o 5,45, autobus owszem już był- ale pełny, więc poszedłem za wielką oponę do kolejki- już byłem około piętnasty w sznurku: najczęściej polipropylenowych toreb i „bambetli”. Postawiłem plecaczek i czekam. Po dwóch godzinach zaczynam się rozglądać, bo nadal stoję a ludzi jakby mniej. Potem zrozumiałem, że są także autobusy jadące dalej niż własne miejsce docelowe. Płaci się więcej, ale można przecież wysiąść po drodze. Gdy się połapałem w czym rzecz, po trzydziestu minutach siedziałem w autobusie do Seganeti, leżącego w połowie mojej trasy do Adi Keyh.
Przyglądałem się górskim pejzażom Wyżyny Abisyńskiej i drodze, która wyginała się we wszelkich kierunkach, powielając kształt dolin i zboczy. Sam nie wiem kiedy minęły dwie godziny i jestem w Segeneti na dużym, prawie pustym placu autobusowym. Jakieś stragany, drobne paleniska na ziemi z kobietami w kucki- oferujące ugotowaną kukurydzę, i-aa, i-aaa grupki osiołków i jeden duży autobus. Jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że właśnie odjeżdża autobus rejsowy z Asmary, po przerwie w pożądanym przeze mnie kierunku- i do tego znalazło się miejsce!
Super, po kolejnych dwóch godzinach jestem w Adi Keyh. Tyle, że zrobiła się godzina po dwunastej w południe. Zamierzałem pojechać dalej o jedenaście kilometrów do ruin Kohaito, gdzie chciałem zwiedzić ruiny starożytnego miasta: malowidła naskalne, pozostałości po starożytnym pałacu, egipski grobowiec… Mogłem pojechać tylko taksówką, ale tutaj nie maja taksówek! Zabrakło tych dwóch godzin z opóźnionego wyjazdu porannego.
-Tam można tylko rano mikrobusem- mówią.
– A kiedy z powrotem? – pytam.
– Jak będzie!-odpowiadają z uśmiechem.
Cóż, zmieniłem plany, pospacerowałem dookoła i szukam czegoś z powrotem do Asmary. Wiedząc o różnej długości trasy autobusów, tym razem pytałem w każdym nadjeżdżającym z drogi i po pól godzinie jechałem- do Dekhembare. Na dodatek trafiłem miejsce przy oknie i mogłem obiektywem spojrzeć na okolicę. Wioseczki poprzyklejane do zboczy górskich, rzucisz okiem i już autobus na kolejnym zakręcie o niemal 180 stopni, pokazuje ci inny widok. Podobała mi się wioska Endish, którą opisuje mi współpasażer. Na zdjęciach niżej centrum Edi Keayh i Endish.
Dekhembare jest małym miasteczkiem w typowo włoskim stylu. W pobliżu znajduje się dolina porośnięta wśród skał klonami i platanami. Czasem widzę w miasteczkach ślady pozostawione przez wojny w postaci ruin domów z postrzelanymi ścianami. Na postojach do każdego uchylonego okna usiłują wjechać pojemniki, na rękach młodzieży oferującej: napoje, przegryzki i miejscowe specjały.
Prawie na całej długości drogi widać jesień, trwają zbiory zbóż i omłoty. Te ostatnie rozpoznaję po dużych kopcach słomy pozostałej po wymłóceniu: cepami lub nogami osłów depczących w kółko po zaścielonym zbożu. Robią to w taki sposób: na równym kawałku pola gdzie zgromadzili pęki zboża, ubijają okrągły plac ziemi. Potem rozrzucają zboże i nogami zwierząt chodzących w kółko po tym ubitym terenie, zboże młócą. Następnie już tylko podrzucanie słomy w górę aby wiatr i grawitacja spowodowała pozostanie na ziemi tylko ziaren.
Asmara stała się dla mnie stacją: noclegową i przesiadkową pomiędzy kolejnymi wypadami w odległe rejony: nocuję jedną noc, zostawiam główny bagaż i jadę dalej na dwa dni. Skoro świt o szóstej rano wyruszam autobusem, na pełną wrażeń widokowych wyprawę w kierunku miasta Massawa. Jadę na wschód od Asmary w kierunku wybrzeża Morza Czerwonego. Autobus pokonuje niezwykle malowniczą trasę, w doliny położone u stóp Asmary, która nie raz przyprawia o zachwyt. Droga z Asmary spada ciągle w dół od prawie dwa i poł tysiąca metrów do poziomu morza, dostarczając wspaniałych widoków, To tak, jakbyś z naszych Rysów zjechał w ciągu trzech godzin na brzeg morza. Po drodze oczywiście jest wiele miasteczek i osad, a pośród tego wszystkiego poza wstęga drogi wije się dodatkowo linia kolejowa. Chętnie bym właśnie nią pojechał, niestety kursuje tylko naście kilometrów w pobliżu Massawy. W jednym z pomniejszych miasteczek sfotografowałem taxi osiołkowe, które dowiozło zakutane pasażerki na lokalny bazar.
Do Massawy przyjeżdża się na dworzec znajdujący się na kontynencie. Miasto położone jest na dwóch wyspach i stałym lądzie, połączonych ze sobą groblami. Jest stolicą prowincji oraz czwartym co do wielkości miastem w kraju. Historia Massawy przeplata się w ciągu wieków pomiędzy panowaniem w nim: Etiopczyków, Egipcjan, Turków osmańskich, Włochów i Brytyjczyków.
Większość odwiedzających przyjeżdża z myślą o nurkowaniu. Miasto jest bardzo kosztowną bazą wypadową do pobliskiego archipelagu Dahlak. Na wyspy nie dociera transport publiczny- potrzeba dwugodzinnego rejsu wynajętą motorówką. Dodatkowym kosztem jest extra zezwolenie. Namiastkę wielokolorowej rafy archipelagu jest Zielona Wyspa, na którą płynie się z Massawy tylko dziesięć minut- to koszt około czterdziestu dolarów.
– Czy możesz mnie dołączyć do jakiejś grupy innych turystów?- zapytałem przewoźnika.
– Wybacz, ale TUTAJ NIE MA TURYSTÓW!- usłyszałem w odpowiedzi.
Różnica między stolicą a Massawą jest duża. To nie tylko klimat. Mimo przedpołudnia wylądowałem w miejscu, gdzie zacząłem spływać potem i przypomniałem sobie o osłanianiu ciała przed skwarem. Miasto zostało poważnie zniszczone. Zaraz po wjeździe na wyspy, dodatkowo przypomni ci o historii pomnik, na którym wyeksponowano trzy postradzieckie czołgi. Spacerując pośród wąskich, urokliwych uliczek Starego Miasta, co rusz natykałem się na zabudowania charakterystyczne dla budownictwa tureckiego. Na starym mieście warto obejrzeć: Budynek Banku Włoskiego, Pałac Gubernatora, ale to nie wszystkie domostwa które szczególnie ucierpiały podczas walk o niepodległość. Prawie w każdym zakątku widać domostwa ledwo trzymające się całości.
Wybrałem hotelik dla miejscowych, który urządzono w kolonialnym budynku z sufitem znajdującym się pięć metrów nad poziomem łóżka. Oferował kilka pokoi wewnątrz budynku oraz łóżka tylko pod dachem na dużym tarasie.
Wieczorem, życie wyspy Massawa nabiera rozpędu, wraz z chłodkiem na ulice wylegają: marynarze, „wesołe panienki” oraz rzesze miejscowych.
Wracając z powrotem, przypadkowo trafiłem do mikrobusu na miejsce przy kierowcy i mogłem w pełni cieszyć się urokami drogi. Widoki z półpustynnych i prawie bezludnych zmieniają się w miarę narastania wysokości nad poziomem morza, w bardziej zielone i… górskie. W pobliżu Ghindy warto sięgnąć po aparat fotograficzny dla widoku starożytnego klasztoru na szczycie wzgórza. W miasteczku w czasie postoju skosztowałem pysznych, dojrzałych owoców opuncji. Te normalnie bardzo cierniste owoce serwowano na straganie, już po obraniu z kolców. Dziewczę sprzedające owoce obcinało oba końce, potem nacinało wzdłuż i skóra odchodziła prawie sama- wystarczyło sięgnąć po wnętrze owocu. Gdy uczyniłem to pięciokrotnie, stwierdziłem, że nie muszę już iść na lunch do sąsiedniej restauracyjki.
Karen należy odwiedzać w niedzielę i poniedziałek, gdyż tylko w poniedziałek odbywają się w nim jedyne w swoim rodzaju targi zwierzęce. Plan zwiedzania Erytrei, od początku dopasowałem tak, aby być tam w poniedziałek od rana. W Karen w porównaniu do Asmary, jest odczuwalnie goręcej. Fala gorąca uderzyła zaraz po przyjeździe, gdy już nie chłodził przewiew od otwartego okna w autobusie. Znalazłem skromny hotelik i w niedzielne przedpołudnie poszedłem na spacer w kierunku kościoła w centrum miasta. Trafiłem na mszę w okazałym kościele katolickim, i po niej zacząłem rozpytywać, gdzie w Karen pracują polskie siostry misjonarki. Szykując się do wyprawy trafiłem na taką informację. Dzięki pomocy włoskiego proboszcza dowiedziałem się, że pięć lat temu wyjechały z Erytrei. Przed wieczorną porą skierowałem kroki na niewielkie wzgórze, skąd można ogarnąć panoramę miasta. Po drodze miałem problem z dzieciakami, gdyż nierozważnie kilkorgu na postoju odpoczynkowym podarowałem po cukierku- potem zbiegło się ich znacznie więcej z całej okolicy…
Zwierzęcy plac targowy znajduje się niecałe dwa kilometry od centrum miasta, wzdłuż drogi wiodącej obok bazaru miejskiego. Warto na nim spędzić kilka przyjemnych chwil, dzięki kolorytowi przybyłej z okolicznych wiosek ludności.
Przed dojściem do bazaru zwierzęcego zboczyłem kilkaset metrów w prawo- tuż poza miastem znajduje się drogowskaz do Saint Dearit Mariam – oryginalnej kapliczki w pniu wielkiego baobabu. Baobab rośnie od średniowiecza. W 1941 roku Karen było miejscem ostrych walk pomiędzy wojskami włoskimi i brytyjskimi. W czasie brytyjskich nalotów, włoscy żołnierze znaleźli we wnętrzu baobabu schronienie przed pociskami. Pomimo trafień, drzewo ocalało, jak i ukryci w jego pniu żołnierze. Wydarzenie przyczyniło się do sławy baobabu z Karen. Erytrejczycy wierzą, że baobab jest źródłem mocy płodności. Tradycyjną metodą dostępu do tych mistycznych sił jest rytuał parzenia kawy. Miejscowe kobiety przygotowują w cieniu konarów kawę, którą następnie częstują przechodniów.
Wierzą, że jeśli przechodzący podróżnik przyjmie od nich filiżankę napoju, zostaną pobłogosławione darem płodności. Wewnątrz drzewa znajduje się dość obszerna kapliczka z figurką Matki Boskiej. Będąc tam, spotkałem dwie starsze kobiety mdlące się w cieniu potężnego drzewa, lecz zanim doszedłem oddaliły się- widocznie nie zależało im już na kolejnych dzieciakach.
Po drodze przechodzi się również w pobliżu oryginalnych wiosek z domostwami nakrytymi strzechą. Zobaczy się dodatkowo w oddali, interesującą panoramę zwierzęcego bazaru.
Na bazar nadszedłem, gdy ludzie spędzali jeszcze stada kóz, bydła i wielbłądów. Na dobre wszystko rozkręca się koło dziesiątej, ale warto przyjść wcześniej, dla obserwacji spędzających swój dobytek pasterzy. Na wsiach i przy tym bazarze widać, że tradycyjnym wiejskim środkiem transportu są zwierzęta juczne. Na grzbietach, zwłaszcza osiołków i wielbłądów wędruje wszystko potrzebne na bazarze, czasem wraz z osobą właściciela. Tylko w oparciu o obserwacje tego bazaru można przekonać się, że w Erytrei uprawia się zboża: proso, sorgo, jęczmień, kukurydzę, oraz: orzeszki ziemne, kawę i tytoń. A hoduje się: bydło, wielbłądy i kozy. Bazar posiada trzy poziomy oddzielone murami. Najniższy jest placem na wszystko nie mieszczące się ponad nim. A to wyżej, to:
– plac z targowiskiem dla wielbłądów i osłów, oraz najwyżej
– plac do sprzedaży bydła i kóz.
Spędziłem na targu ponad godzinę i fascynowały mnie scenki rodzajowe. Począwszy od takich pokazujących kupcowi zalety stworzenia oferowanego do zbycia, po targowanie i rytuały finalizujące transakcje. Na równi ciekawymi byli ludzie i noszone przez nich odzienie. Charakterystycznym na targu był fakt całkowitej nieobecności kobiet w gronie handlujących.
Wracam do Asmary i następnego dnia w nocy żegnam Erytreę.
Przejście do następnej relacji: Etiopia