relacja z podróży

Gabon, relacja z podróży.

Tekst i zdjęcia: Paweł Krzyk

Pierwsze kroki na gabońskiej ziemi postawiłem na plaży w Cocobach. Musiałem zdjąć buty aby zejść z łodzi wprost do wody rzeki Muni. Przypłynąłem z Gwinei Równikowej, którą przezwałem dodatkowo „Łapówkarską”. Bez żalu pozostawiłem za sobą kraj o trudnej do wyobrażenia sobie skali biurokracji i korupcji, która białego obcokrajowca dotyka tam na każdym kroku. Tuż przy plaży znajduje się nowy budynek gabońskiej policji imigracyjnej. Na odprawie granicznej  oficer policji bawi się w łapownika i bezczelnie żąda pięciu tysięcy franków (XAF), za wstawienie stempla wjazdowego. Zgadzam się, pod warunkiem wystawienia mi oficjalnego dokumentu potwierdzającego kwotę: za co i u kogo-bo chcę odwiedzić ich Ministerstwo Spraw Zagranicznych  w stolicy Libreville. Każe mi czekać na przyjście komendanta policji. Po pół godzinie, gdy wszyscy inni lokalni pasażerowie łodzi wyszli, daje mi paszport bez opłaty… No cóż, trzeba zachować twarz wobec rodaków… Nocuję w przyzwoitym Hoteliku Esperance przy plaży. Z ulgą skosztowałem w hotelowym barze gabońskiego piwa. Wszędzie tutaj sprzedają je o pojemności 0,65 litra. Wolałem zmyć piwem niesmak po kolejnej próbie łapowniczej.

Cocobeach leży na cyplu. Z jednej strony posiada rozległe ujście rzeki a z drugiej strony otwarty Atlantyk. Jedyną atrakcją pozostaje rybacka plaża i niewielki bazar, na którym sprzedają owoce, warzywa, produkty codziennego użytku oraz duże ilości suszonych i wędzonych lokalnych ryb. Zostawiłem plecak i poszedłem na rekonesans do centrum miejscowości. Niewielki placyk, na którym ustawiono pomnik piłki nożnej, pamiątkę po rozgrywkach międzynarodowych.

 

gabon gabon

 

Gdy rozejrzałem się po pokoju znalazłem paczkę prezerwatyw. Uśmiecham się, gdyż znowu na szlaku przygody trafiłem na nocleg do hotelu „na godziny”. Jestem jedynym gościem. W nocy uspokajająco działa szmer drobnych fal na plaży tuż za oknem. Zastanawiam się nad sposobem dalszego podróżowania wgłąb Gabonu. Ze względu na stan drogi w Gabonie do Libreville jeżdżą zwykle samochody terenowe. Największe szanse na transport są w porze, w której przypływają łódki z Gwinei Równikowej. Gospodyni hotelu potwierdza znane mi fakty, że podróż trzeba odbywać etapami korzystając z lokalnych środków transportu. Duże autobusy jeżdżą tylko pomiędzy większymi miastami, które łączy dobry asfalt. Pozostałe drogi to domena minibusów i taksówek zbiorowych. Planuję o jedenastej rano wyjazd i czekam w pobliżu bazaru na przyjazd zbiorczej taksówki, gdy nagle podjeżdża terenowy samochód osobowy z „białasem” za kierownicą.  Dotychczas w poprzednich dwóch krajach turystów w moim kolorze skóry nie spotkałem w ogóle, a na białą twarz mogłem sobie popatrzeć… co najwyżej w lustrze.

-Czyżby kapłan… a może z kraju?- podobnie jak tego doświadczyłem w Kamerunie?

Kierowca na moje zapytanie-informację po angielsku:

– ja jestem z Polski.

Odpowiada ze śmiechem i po polsku:

– ja jestem ksiądz Michał, kapucyn z parafii w Cocobeach.

Zaprasza mnie na obiad do swojej parafii. Po drodze opowiada o historii tego dwutysięcznego miasteczka, pokazuje pomnik zbudowany ku czci bitwy, w której Francuzi zwyciężyli Niemców i odzyskali ten rejon dla Francji (rok 1914).

 

gabon gabon

 

Pokazał mi współczesny nowoczesny ambulans Mercedesa, który Niemcy podarowali miejscowemu szpitalikowi. Pracował tylko dwa lata, obecnie nie potrafią go naprawić i stoi – obrastając mchem, prawie jak pomnik na placu szpitalika. Poznaję jego kolegów, polskich księży kapucynów: proboszcza Dariusza i Piotra. Po pysznym obiedzie, pakiecie ciekawych informacji z pierwszej ręki o kraju i życiu codziennym Gabończyków, ruszam dalej wraz z ich gościem z Uniwersytetu Warszawskiego, Gabończykiem dr Bogdanem- Muketou. Jedziemy kolejną taksówką zbiorczą, samochodem na pace niemiłosiernie obładowanym. Po drodze samochód objeżdża okolice kompletując ładunek i pasażerów. Trafiam do pobliskiej wioski rybackiej.

 

gabon gabon

 

Już prawie jedziemy. Jeszcze podjazd pod miejscową wędzarnię ryb. Kierowca coś woła i po chwili przed mój nos wjeżdżają dwie czarne dłonie, z całym naręczem ryb poskręcanych w kółka. Z tyłu inne ręce to odbierają i wreszcie, po kolejnej godzinie jedziemy. Droga jest… jakby to powiedzieć: na pewno byle jaka, szutrowa, czerwona, błotnista i w takich miejscach ledwo przejezdna. Potrzeba niezłej wprawy, aby trafiając na rozlewisko, nie wylecieć na pobocze z błockiem po kolana.

 

gabon gabon

 

W środku jest ciasno i niewygodnie- ja chyba mam najlepiej bo siedzę z przodu sam. Widząc moje gabaryty, a może to wpływ Bogdana…- jakoś mi nikogo więcej nie dołożyli. Jedziemy ponad osiemdziesiąt kilometrów do Ntoum. Wysiadamy przy parafii z ks. Mariuszem, a potem ja wsiadam do małego autobusu do Essesa. Bogdan jedzie za mną swoim motocyklem. W kolejnej Parafii Św. Teresy poznaję szefa kapucynów…. Po ploteczkach ruszamy dalej- autem prywatnym Bogdana, który podrzuca mnie wieczorem do hotelu w Libreville. Niezwykle miłe. Wymieniamy się telefonami… może gdzieś po drodze…, albo w Polsce, gdyż Bogdan obecnie wykładowca na Uniwersytecie w Gabonie, po trzech miesiącach będzie robił to samo- na Uniwersytecie w Warszawie. Cały przejazd od granicy do stolicy miał zaledwie sto dwadzieścia pięć kilometrów, ale zajął aż cztery i pół godziny jazdy. Po drodze było kilka kontroli policji i szlabanów obsadzonych miejscowymi wyrostkami – jedni i drudzy pobierali opłaty za przejazd (tylko od kierowców). Przy jednym ze szlabanów umundurowani żandarmi siedzieli sobie przy budce  w cieniu. Kto to słyszał aby wyszli na drogę- wszyscy pokornie musieli sami do nich podejść. Jeden z nich zaczął pastwić się nade mną, próbując wymusić łapówkę, żądając między innymi okazania… żółtej książeczki:

– a masz szczepienia?

-a jakie i czy na pewno wszystkie potrzebne?

Jak to mówią, spokój jest najlepszy. Dodatkowo, ja mówiłem do niego tylko po angielsku- to sobie pogadaliśmy w dwóch językach: on tylko po francusku. W końcu jemu zbrzydło… a dodatkowo zaczęli pyskować na niego pozostali pasażerowie. Na zdjęciach: mój pierwszy pojazd w Gabonie gdzieś na postoju, oraz widok blaszanego świata na obrzeżach centrum Libreville (z okna mojego hoteliku).

 

gabon gabon

 

Pobyt w Libreville  upłynął mi na pieszym zwiedzaniu. Najciekawszy był Boulevard de I’ndependence, katedra przy porcie z: rybnym rynkiem hurtowym, mnóstwem sklepików i knajpek piwnych. Przy budynkach państwowych obowiązuje jak we wszystkich państwach na mojej drodze- oczywiście zakaz fotografowania. Mimo tego dwie fotki ustrzeliłem pośród wielu strzelistych, raczej nowoczesnych budynków. Trwają właśnie przygotowania do jutrzejszego biegu ulicznego „Maraton Libreville”

 

gabon gabon

 

Odpuściłem sobie zwiedzanie słabego Muzeum Sztuki Tradycyjnej, zaś oryginalne pamiątki najlepiej obejrzeć w Village des Artisans. Podobają mi się różne pomniki, zwłaszcza ten na promenadzie nadmorskiej, pokazujący zrywającego kajdany niewolnika murzyńskiego. Dziwną formę wybrał rzeźbiarz, przedstawiając postać składająca się po połowie z mężczyzny i kobiety- jeszcze „cycatego” pół chłopa nie widziałem.

 

gabon gabon

 

W drodze do hotelu zajrzałem do Hipermarketu Casino. Podstawowe zakupy spożywcze okazały się znacznie droższe niż wcześniej, na przykład woda do picia jest droższa prawie o 100% . Ponadto butelkowana woda i cola są prawie w tej samej cenie. Kanapkę w domu towarowym za to mam taniej: pół bagietki z plastrem szynki za niespełna równowartość jednego EUR.

Leżący okrakiem na równiku Gabon, znajduje się  na uboczu turystycznych szlaków. Główną atrakcją turystyczną pozostaje dziewicza przyroda i mieszkańcy. Abu przyrodę zobaczyć lepiej, potrzeba organizować drogie wyprawy w głąb dżungli. Podróżując komunikacją publiczną, zobaczenie wszystkiego w Gabonie jest niemożliwe. Na moją wyprawą przez Gabon wybrałem trasą po zachodniej części kraju, która prowadzi po złych i dobrych drogach, oraz jest trasą niezbyt wśród turystów popularną. Postanowiłem poruszać się  przez: Lambarene,  Ndende i dalej do granicy z Kongo. Nie zawiodłem się, gdyż niezbyt popularne drogi to również miejsca, przy których miejscowe wioskowe życie i zwyczaje są oryginalne i … takie prawdziwie afrykańskie. Jednocześnie ta droga, wioski i zwyczaje, nie miały nic wspólnego z tym co ogląda się w miastach.

Początkowy etap podróży rozpoczął się od gare routiere (dworzec-plac autobusowy) na  Pk 8. To Pk 08 oznacza skrzyżowanie oddalone o osiem kilometrów od centrum.  Byłem zaskoczony jakością najpierw autobusu a potem drogi. Dobre autobusy firmy Sogatra pokonują dwieście dwadzieścia pięć kilometrów w ciągu czterech godzin- toż to tempo podobne jak na drogach w Polsce. Bujna soczysta zieleń tropikalnego lasu zachęcała do wyjmowania aparatu fotograficznego. Czasem na postoju we wioskach można zobaczyć naprawdę mizerne produkty, z których próbują się utrzymać mieszkańcy. W tym pokazanym na zdjęciu, żyją tylko z orzeszków ziemnych i manioku.

 

gabon-15 gabon-16

 

Lambarene to niespełna trzydziestotysięczne miasto położone nad rzeką Ogowe. Rzeka, opływając wyspę dzieli Lambarene na trzy części. Jadąc z Libreville na początku trafia się do mało interesującej części, w której leży największa atrakcja miasta – założony na początku dwudziestego wieku szpital Schweitzera. Obecnie małe muzeum i czynny szpital. Za mostem leży druga część Lambarene, z portem rzecznym i budynkami oficjalnymi. Przejeżdżając kolejny most trafiam do najciekawszej części miasta – dzielnicy Issac. Tutaj znajdują się: bazar, tanie hotele i restauracje. Autobusy jadące na południe zatrzymują się przy bazarze. Zanocowałem w Lambarene i zdołałem je przez pół dnia zwiedzić. Na głównym placyku Issak postawiono figurkę człowieka, niosącego kiść bananów i trzymającego rybę na haku. Mój hotelik raczej nie zasługuje na polecenie. Pokazuję jego otoczenie- całe szczęście, że miał wentylator i moskitierę (gorąco, duchota i kąpiel we własnym pocie). Co z tego, że miałem wentylator, jak światło zgasło przed wieczorem, potem zabrakło wody…

 

gabon gabon

 

Bazar znajduje się wzdłuż głównej ulicy. Poza ogólno-chińskim tanim „chłamem” najciekawsze były ogromne suszone ryby. Dochodziły rozmiarami do niecałego metra a oferowane je przede wszystkim… z taczek. Ile czasu musiałbym takiego suszonego giganta jeść? Równie wiele można było nabyć rodzajów ryb wędzonych. Skusiła mnie tylko bagietka z bananami.

 

gabon gabon

 

Raczej z ulgą wstałem rano i włączyłem wentylator, bo nie wiedzieć czemu, nagle pokazało się oświetlenie, które zwyczajem afrykańskim paliło się do wczesnego przedpołudnia- prawdopodobnie nie miał kto wyłączyć, lub po prostu ta instalacja uliczna nie posiadała wyłącznika (pewnie automat zmierzchowy się popsuł). Zacząłem polować na autobus z Lambarene do Mouila. Można dorwać, wyłącznie miejsce w jednym z dwóch autobusów przelotowych z Libreville. Po dziesiątej mi się to udaje- znowu jestem w eleganckim autobusie Sogatra. Za oknem dżungla zaczyna zamieniać się miejscami z równie zieloną sawanną. Domy wiosek budują z desek drewnianych i całość nakrywają blachą lub strzechą. W każdej z wiosek przed grupkami domostw wystawiają to co mają do sprzedania. Zwłaszcza kierowca autobusu i konduktor robią sobie zaopatrzenie w artykuły spożywcze.

 

gabon gabon

 

Z Mouila  tego samego dnia ruszam dalej w stronę  granicy z Republiką Konga. Jest to miasto rodzinne, poznanego wcześniej Bogdana. Znajduje się w nim również parafia z polskimi kapłanami. Przesiadam się do mini busa jadącego do Ndende. Razem cała droga dzisiejsza, to prawie trzysta kilometrów i pięć godzin czystej jazdy. Było to możliwe wyłącznie z powodu dobrych asfaltowych dróg. Wysiadłem w Ndende na pierwszym rondzie i poczułem się jak gdzieś na końcu świata. Mówią mi, że hotelik jest tu niedaleko. Pokazują na lewą stronę ronda. Pytam gdzie, nic nie widać! Pokazują w dół schodami po małej skarpie. Miejscowi dżentelmeni piją piwo i grają w warcaby. Gdy zapytałem o hotel, jeden z nich wstał i pokazał mi pokój w przybudówce za knajpką. Hotelik nie ma nazwy, ale faktycznie posiada pokoiki z wentylatorami.  Niedrogo jakieś osiem EUR. Nie chce mi się dalej szukać, gdyż słyszę w oddali grzmoty nadchodzącej burzy. Idę do centrum. Brzmi dumnie, ale to tylko kilka budynków i dwa rzędy parterowych budynków za nimi przy głównej drodze. Jakieś uliczki boczne, mały bazar i nic więcej. Zaczyna kropić więc wracam i z ulgą, przy piwku o słusznej pojemności 0,65 litra wyciągam nogi, siedząc na podsuniętym mi plastykowym fotelu. Pytają czy chcę pograć w warcaby- wolałem im pokibicować. A potem po prostu lunęło- jak ściana wodospadu. Robi się ciemniej, gaśnie światło, więc przed siódma wieczorem kładę się pod blaszanym dachem, który tak rezonuje, że chyba by umarłego… Całe szczęście znowu jest światło i mogę zająć się czymś innym. W nocy oprócz nieustannego łoskotu ulewy, do którego się przyzwyczaiłem, słyszę jakiś nadchodzący falami potworny hałas. Nie chce mi się wstawać. Rano hałas się powtarza- to rechot żab w takiej ilości, że nie sposób usłyszeć własne myśli. Ulewa tak podniosła poziom wody w tym żabim środowisku, że zagląda mi powoli pod ścieżkę prowadzącą do pokoju. Pomyślałem o komarach, malarii i wylałem na siebie resztki pojemnika odstraszającego komary. Ale co tam żaby, to też naturalne środowiska w wilgotnym równikowym lesie czy sawannie. A że wrzeszczą, jakby nie miały nic lepszego do roboty… No cóż, poszedłem do baru kupić coś do jedzenia i picia. Gospodarz mnie pyta:

– gdzie jadę dalej?

– do Konga? To musisz iść najpierw na Komedę policji, aby sobie podstemplować paszport na    wyjazd z Gabonu.

– Otwierają o ósmej rano.

Więc idę. Mus, bez tego nie przekroczę granicy. W komendzie dwóch rosłych policjantów tłumaczy, że muszę poczekać, bo stempel ma tylko komendant i przyjdzie o dziewiątej. Grunt to się nie przejmować, a że dalej leje choć trochę słabiej? Duszno, parno i z człowieka się znowu leje. Nie wiem czy z potu czy bardziej z powodu deszczu. Założyłem pelerynę i poszedłem poczekać pod niedaleką wiatą. Tam jest trochę przewiewu. Spróbowałem włączyć Internet w telefonie, ale widzę, że się … kuna rozładował. Pozwalają mi podłączyć się z ładowarką a potem siedzimy wszyscy pod tą samą wiatą. Przychodzi szefuncio i idę z paszportem. Chyba nie mają zbyt wielu takich jak ja, bo zastanawiają się jak też mają zrobić moją odprawę. Ustalili, że powinni zrobić kopię mojego paszportu i wizy. Szef wyciąga z własnej kieszeni drobne i wysyła jednego z podwładnych do jakiegoś urzędu, aby zrobił odbitki ksero. Po piętnastu minutach już jest z powrotem i po kolejnych kilku… , dalej leje, ale ja już jestem ze stemplem w paszporcie. Poszedłem za następne skrzyżowanie i po drodze połapałem się, że muszę wrócić po telefon, który zostawiłem na parapecie komendy. Peleryna mi powoli przemięka, ale dochodzę do bazarku i pytam o transport, do odległej o czterdzieści osiem kilometrów granicy z Kongiem. Pokazują mi stolik z boku i mówią, zostaw swój bagaż i poczekaj. Po chwili szef ze sklepu typu „szwarc mydło i powidło” przynosi mi jeden z fotelików, które ma w swojej ofercie. Starliśmy jakąś szmatą grubą warstwę kurzu i mogłem usiąść.

Czekam, czekam i … dalej czekam. Czas płynie jakoś tak leniwie, przyglądam się handlowi bananami, takimi kuchennymi do gotowania. Jedna z klientek podjeżdża autem i kupuje ogromną siatkę. Żartuję ze sprzedawczyni, że jeszcze jeden klient i nie będzie miała co sprzedawać. Uśmiechnęła się tajemniczo i poszła do domu po drugiej stronie ulicy, i przytargała na głowie potężną kiść. Rozłożyła na stole i manewr powtórzyła. Znowu stół był pełny. W brzuchu zaczyna mi burczeć. Kupiłem w sklepie bagietkę i chcę kupić do niej dwa duże banany, ale nie wiem które. Wesoła kumoszka pokazuje mi dwa palcem, a potem nie chce powiedzieć ile kosztują.

– to prezent dla Ciebie!

Potem nagle ożywienie. Podjeżdża niezwykle ubrudzony samochód terenowy, ubłocony aż po sam szczyt grubą warstwą czerwonawego błocka. Pokazują mi, to twój transport i mówią do kierowcy, że ma pierwszego pasażera. Fajnie- widzę jak z tej góry brudu wychodzi sześciu dorosłych pasażerów i dwójka dzieci. Dwóch było z przodu koło kierowcy i reszta na siedzeniu tylnym. No i została jeszcze góra towarów na pace z tyłu. Mija kolejna godzina, czyżby o mnie zapomniał? Podjeżdża i mówi mi: daj swój bagaż i poczekaj- postanowiłem pojechać z nim razem. Okazało się, że nie miał jeszcze ładunku i kompletu pasażerów, więc jeździł po uliczkach i pytał, kto i co chce przewieźć. Potem pojechał do domu na obiad. Ja siedzę i parzę jak miejscowy cieśla, mozolnie, tylko przy użyciu ręcznej piłki i młotka stawia konstrukcję chaty mieszkalnej. W końcu znowu jedziemy i potem już było szybko. Na bazarze ładują kilka worków czegoś śmierdzącego jak nie domyte skarpetki, części zamienne do zawieszenia samochodu osobowego, kilkanaście arkuszy blachy na dach, kolejne worki, paczki i paczuszki, by na końcu dodać mój plecak i pakunki pięciu innych pasażerów. Samochód przypomina garb wielbłąda. Siadamy tak samo jak przyjechali i zdołałem sobie wybrać siedzenie za fotelem kierowcy, gdzie mułem nie siedzieć z podkulonymi nogami. Pomyślałem, że dobrze chociaż, że ta droga jest dobra. No bo taki dobry asfalt dotychczas? Nic bardziej mylnego, za płotkami skręcamy na szutrową czerwoną drogę z miejscami takimi koleinami, że miałem obawę, czy ten terenowy samochód jest w stanie je pokonać. Woda płynie jak chce i  żłobi drogę kolejnymi wyrwami. I tak pokonuję czterdzieści osiem kilometrów w ciągu czterech godzin jazdy.

-Chciałeś atrakcji, dzikich wiosek- gdzieś tam daleko od wszystkiego, nieskażonej przyrody- to… masz!

 

gabon gabon

 

Nawet kwiaty oferowane do sprzedaży przy drodze, zachęcały do zrobienia fotki. Tymi strasznymi wybojami jedzie tylko jedna taksówka dziennie. A granica to malutka ciekawa wioska- tylko po stronie kongijskiej. W ten sposób, to co chciałem pokonać w ciągu maksymalnie dwóch godzin, zajęło mi cały dzień. Dobrze, że zaplanowałem dzień rezerwowy- właśnie go zużyłem. Na mapce pokazuję przebytą drogę w Gabonie.

 

gabon Gabon mapka trasy

 

 

Przejście do następnej relacji: Republika Konga.

Przejście do poprzedniej relacji: Gwinea Równikowa

Przejście na początek trasy: Kamerun