Góra Świętego Michała

Góra Świętego Michała, relacja z podróży.

Tekst i foto: Paweł Krzyk i Łukasz Sakowski

 

Normandia nie słynie tylko z walk, które odbywały się tutaj podczas minionej wojny. To także drugi pod względem liczby turystów obiekt zwiedzany we Francji. Jest nim słynny klasztor na wodzie Mont Saint-Michel, odwiedzany przeszło przez ponad trzy miliony turystów rocznie. Położone jest na skalistej wyspie pływowej w zatoce Mont-Saitn-Michel w kanale La Mache, na północy Normandii. Wyspa ta połączona jest groblą o długości 1800 metrów.

   Oryginalna nazwa tłumaczona z łaciny znaczy – „Sanktuarium Świętego Michała w niebezpiecznym morzu”. To właśnie dzięki potężnym pływom przekraczającym niekiedy czternaście metrów wysokości, miejsce to jest tak chętnie odwiedzane. Przypływy są bardzo gwałtowne, porównywane są do pędzącego konia. W okresie wysokich pływów, które zdarzają się pięćdziesiąt trzy razy w roku, grobla jest całkowicie zalewana, odcinając sanktuarium od kontynentu, tworząc z niego wyspę. Szybkość pływów jest tak duża, że nie wolno w ich trakcie przebywać w okolicach grobli. Utonięcia zdarzały się często, obecnie również- jednakże rzadziej. Problem mają jedynie osoby, parkujące samochody na niżej położonych miejscach, nie stosując się do znaków zakazu parkowania. Przed każdym rozpoczęciu przypływu informują dzwony.

W starożytności na tym terenie rósł las Scissy nie zalany morzem. Tereny były opanowane przez Celtów, którzy na wzgórzu czcili boga słońca Belena. Po przybyciu do starożytnej Armoryki Rzymian, zostały zbudowane drogi. Wraz z podnoszeniem się poziomu wody, droga do wzgórza była przesuwana na wschód aż do obecnego miejsca. Utworzona wyspa była wówczas znana jako Mont Tomb, co znaczy góra cmentarna. Jeśli wierzyć legendom, w tym miejscu w złotych butach został pochowany Juliusz Cezar.

Wraz z pojawieniem się chrześcijaństwa na wzgórzu została zbudowana kaplica poświęcona świętemu Szczepanowi, męczennikowi chrześcijańskiemu, kolejna była poświęcona świętemu Synforianowi, męczennikowi galijskiemu. Według legendy, w VIII wieku jednemu z zakonników objawił się Michał Anioł prosząc o pobudowanie w tym miejscu kościoła. Prośby te zostały dwukrotnie zlekceważone przez biskupa Auberta, co w konsekwencji doprowadziło do wypalenia przez Michała Anioła dziury w jego czaszce.  Relikwia w postaci czaszki przechowywana jest po dziś dzień w katedrze w Avrnaches.

Znaczenie strategiczne powstałego opactwa sprawiało, że było ono chętnie wspomagane przez wielu władców. Cieszyło się on względami książąt Normandii a następnie Francji. W okresie wojny stuletniej murami obronnymi opasano także powstałe miasteczko. Sanktuarium nigdy nie zostało zdobyte. Przyczyniło się do tego umiejscowienie, na wyspie pływowej, przez co najeźdźcy nie mogli prowadzić najazdu oblężniczego. Siła i czas występowania pływów oraz ich gwałtowność uniemożliwiał używanie maszyn oblężniczych. Dodatkowo sanktuarium powstało poprzez połączenie mniejszych, wcześniej ufortyfikowanych budynków, czyniąc całą wyspę silnie bronioną. Anglicy próbowali je zdobyć kilkukrotnie, ale bezskutecznie. Pamiątką po tamtych zajściach są pozostawione dwie maszyny oblężnicze pod murami miasta.

W okresie rewolucji francuskiej  z wyspy wydalono wszystkim mnichów, a w miejsce sanktuarium utworzono więzienie dla księży, którzy nie chcieli przyjąć nowej konstytucji cywilnej. Jedną z pozostałości po tamtych czasach, jest koło od windy – pochylni, którą wciągano jedzenie dla więźniów. W koło to wchodzili więźniowie i za pomocą rąk i nóg wprawiali je w ruch wciągając lub opuszczając jeżdżący wózek. W XIX wieku więzienie zamknięto a opactwo przeszło w ręce proboszcza z Coutances.

Regulacja rzeki Coueson doprowadziła do zmiany stosunków wodnych w zatoce powodując jej zamulenie. Ufortyfikowanie grobli i stan wody doprowadził do sytuacji, że opactwo stało  bardziej cyplem niż wyspą i wygląda tak po dziś dzień.

Jeśli planuje się zwiedzić to miejsce lepiej unikać pierwszej niedzieli maja oraz 29 września. W tym czasie na wyspie odbywają się obrzędy ku czci Michała Anioła a pielgrzymów ściąga tu około sześćdziesięciu tysięcy. Czytając przewodniki i opisy innych osób odwiedzających to miejsce, byłem przekonany, że spotkam tu chordy ludzi, kolejka po bilet będzie gdzieś na trzy do czterech godzin stania.  Wyruszyliśmy rano, mieliśmy do przejechania jakieś sto pięćdziesiąt kilometrów. Dojazd zabrał nam niecałe dwie godziny i już po dziewiątej rano zaparkowałem samochód na jednym z ogromnych parkingów. Stamtąd udaliśmy się piechotą do autobusu wiozącego turystów przez groble do opactwa. Autobusy te wyglądają dość zabawnie. Mają dwie kabiny kierowca po przywiezieniu grupy turystów na ostatni przystanek nie wykręca autobusu a zmienia kabinę. Co ważne turyści, którzy przyjechali z opactwa wysiadają jednym wyjściem, a świeżo przyjezdni wsiadają drugim. Trzeba też odpowiednio się ustawić, bo autobusy są trzy, i nigdy nie wiadomo, na które miejsce postojowe podjedzie. Trochę to loteria, gdzie z pierwszej osoby czekającej na autobus wsiada się jako ostatni, na przysłowiowego śledzia. Z doświadczenia radzę jechać autobusem od początku do samego końca. Wysiadanie w trakcie jazdy do sanktuarium skończy się pójściem z „buta”, bo nie ma szans aby dostać się ponownie do jednego z nich.

Można również skorzystać (za 6 €) z przewozu pojazdem z napędem wsianym, dwukonnym.

 

 

Po dotarciu do końca grobli dalszą drogę przechodzimy pieszo. Możemy podziwiać wygląd po odpływie wody. Szary, zamulony teren, porwany głębokimi żlebami. Na murach widnieją ciemniejsze odbarwienia od wysokiego stanu wody. Różnica w poziomie wygląda gdzieś na jakieś piętnaście metrów. Z końca grobli można wykonać zdjęcia całego opactwa. Szkoda tylko, że w ten dzień mieliśmy intensywne opady deszczu.

 

 

Przez główną bramę wchodzimy za mury sanktuarium. Wąska uliczka i stare kamieniczki witają nas swoim kolorytem. Pełno w nich sklepików, restauracji, wszystkiego czego potrzeba turystom. Na wyspie znajdują się hotele i jeśli przybywający pielgrzym ma ochotę tutaj pozostać na dłużej, ma ku temu okazję. Przeciskając się wąską uliczką docieramy do schodów, którymi na samą górę dochodzimy do kasy biletowej. Bilet normalny kosztuje dziesięć euro. Nie ma żadnej kolejki, podchodzę od razu do Pani w okienku i proszę o dwa bilety. Wielkimi schodami, docieramy do tarasu z którego rozciąga się przepiękny widok od skały Cancale na zachodzie aż po klifowe brzegi Normandii. Na otwartym morzu można dostrzec wysepkę Chausey, z którego pochodzi granit do budowy opactwa. Stojąc na tarasie możemy podziwiać rzeźbę Michała Anioła, umieszczoną na szczycie dzwonnicy.

 

 

Z tarasu wchodzimy do kościoła, zbudowanego osiemdziesiąt metrów nad poziomem morza. Surowe wnętrza, romańsko-gotyckie, sprzyjają kontemplacji. Nie ma tu zbytecznych ozdób, świecidełek, które mogą przeszkadzać w próbie rozmowy mnichów z Bogiem. Kolejne kroki prowadzą nas do klasztoru, części łączącej inne budynki między innymi: kuchni, refektarza, sypialni, kościoła, czy też poszczególnych klatek schodowych. W środku dziedziniec porośnięty jest trawą, wprowadzając troszkę „kolorytu” w te grube, zimne mury opactwa.

 

 

Krocząc dalej docieramy do refektarza, gdzie mnisi spożywali posiłki. Sal typu kolumnowego z dwoma ogromnymi kominkami, w których palił się ogień aby ogrzać zimne, kamieniste pomieszczenie. Pomieszczenie ma wąskie długie okna, których nie widać patrząc na sanktuarium z zewnątrz. Mnisi spożywali tutaj posiłki w całkowitej ciszy.

 

 

Kolejnym miejscem jest sala dla gości, gdzie podejmowano dostojników świeckich oraz krypty, w których znajdują się grube kolumny podtrzymujące gotycki chór w kościele. Dalej natykamy się na kryptę świętego Marcina jednej z części kościelnego transeptu. Zaraz za nią znajdują się krypty mnichów oraz wielkie koło służące do wciągania żywności na górę. Kostnica mnichów łączy się z Kaplicą świętego Stefana, w której mieścił się lazaret oraz znajdowało się miejsce przygotowywania mnichów do pochówku.

Następnie wąskimi schodami docieramy na dziedziniec i dalej do Sali Rycerzy, także z wielkim kominkiem ogrzewającym to pomieszczenie. W Sali tej mnisi uczyli się i pracowali, głównie przepisując manuskrypty. Owoce ich pracy intelektualnej przetrzymywane są po dziś dzień w Avranches. Zwiedzanie kończymy w Sali, gdzie pobierano jałmużnę i gdzie przyjmowano biednych i pątników.

 

 

Opactwo Mont Saint-Michel jest jedyną w swoim rodzaju konstrukcją, Nie można jej porównać z żadną inną, bo takowa nie istnieje. Narastające przez lata budowle, budowane wokół granitowej skały tworzą niepowtarzalny wygląd o piramidalnym kształcie. Kościół opactwa znajduje się na szczycie góry, opierając się na niżej pobudowanych kryptach, które tworzą swoistego rodzaju podporę. Poniżej umieszczane są domy mnichów i miejsca pracy a najniżej miejsce do spotkań ze świeckimi. Budynki te zbudowane zostały według zasady świętego Benedykta, która zakładała modlitwę i pracę, stąd te budynki umieszczane są najwyżej, a pozostałe zabudowania zostały rozplanowane na najniższym miejscu zbocza.

Jeśli planuje się tutaj wizytę, nie można przyjechać w szczycie sezonu. Tłumy w wąskich uliczkach skutecznie uniemożliwiają swobodne zwiedzanie. Zdecydowanie lepszy wydaje się poranny przyjazd niż popołudniowy, ponieważ swobodnie zaparkujemy auto. W sezonie na zwiedzenie tego miejsca raczej będziemy potrzebować całego dnia, dlatego lepiej nie planować żadnych długich przejazdów tego samego dnia.

 

Przejście  do  następnej relacji: Francja. Od Rennes do Tours

Przejście do poprzedniej relacji: Francja. Ze Strasbourga do Plaży Omaha

Przejście na początek trasy: Niemcy. Bajeczne niemieckie zamki