Dziennik z trasy

Rady dla początkujących

Archipelag Andamany i Nikobary (Indie)

Spis treści

Archipelag Andamany i Nikobary, relacja z wyprawy

Dodano: 08-04-2012

Archipelag Andamany i Nikobary (w marcu 2012)

Tekst i zdjęcia: Paweł Krzyk

Znalazłem się tutaj przez przypadek podczas miesięcznej wyprawy do Indii , zorganizowanej wraz z grupa przyjaciół z Warszawy. Początkowo planowałem tylko kilkudniowy wyjazd
na Archipelag Lakkadiwów (indyjska nazwa Lakshadweep). W związku z kłopotami organizacyjnymi w Delhi polegającymi na braku specjalnego zezwolenia dla mnie, postanowiłem w zastępstwie pojechać na Andamany i Nikobary. Bilety kupiłem po drodze
i za dwa dni jestem. Zamieszczam niżej moje notatki z trasy.
08 marca. o 5.00 rano stary 25 letni samochód  „Ambasador” przypominający naszą starą „W-wę” zawozi mnie na lotnisko za 500 Rs (30 km, ok.50 minut). Odlatuję samotnie Air Jet Lite z Hyderabadu do Port Blair stolicy Archipelagu Andamanów. Mój  lot zmienia prawie wszystkich  pasażerów w stolicy Madrasu Chenai, i po 4 godzinach od wylotu widzę Andamany. W samolocie od bardzo miłego mieszkańca Hyderabadu dowiaduję się prawie wszystkiego co ważne na Andamanach i Nikobarach. Mój sąsiad podpowiedział co w tak krótkim czasie zwiedzić w jakiej kolejności. Na lotnisku sprawnie wypisana deklaracja przyjazdowa i po paru minutach mam indywidualny dokument rejestracyjny dla obcokrajowca ( z nr i moimi danymi). Jest to zezwolenie na pobyt na Andamanach max. do 30 dni. Jest też pełna informacja jak się zachowywać na wyspach. Dołączono mapkę gdzie możliwe jest przebywanie tylko w dzień
a nocami zabronione. Tuk-tukiem szybko na przystań promową wyspy (ok.5 km-50 Rs). Za 20 minut kupuję bilet za 700 Rs i szybkim katamaranem znikam z Andamanu Południowego.
Po 1,5 godziny pokazują  się lasy namorzynowe na Wyspie Havelock .   Tam znowu rejestracja cudzoziemców – zapisują dane z tego specjalnego pozwolenia. Złapał mnie kierowca kolejnego tuk-tuka i za kolejne 50 Rs -jestem na przeciwnej stronie wyspy szukając taniego hotelu
i centrum nurkowego.
Hotel: Pellican Beach Resort , adres Havelock, Beach no 5 (po prostu plaża nr 5).Wygląd taki sobie, tak samo jak  okolica wokół. Ale za to z domku do piasku na plaży 30 metrów. Ceny hoteli zróżnicowane jak  ich standard, od 150 do 5000 Rs / domek- pokój / noc. (Plaża nr 3- 7, sporo hoteli i miejsc do aktywnego wypoczynku nadmorskiego). Profesjonalny scuba diving
z łodz,i z ich sprzętem do nurkowania: ceny od 4 do 8 tysięcy Rs za dzień i dwa zejścia pod wodę z wyżywieniem (ok.6godzin). I jeszcze jedno dzisiaj 8 marca. Począwszy od urzędnika imigracyjnego do  ulicy, zabawa na całego,  polegająca na smarowaniu się nawzajem kolorowymi proszkami indyjskimi podczas składania życzeń.  Poskutkowało tym, że co ładniejszy i ładniejsza przedstawiciel/-ka płci odmiennej jest pomalowana prawie wszędzie we wszystkich kolorach. Widok, wierzcie mi, zabawny.

09 marca. Dzień nurkowy- mam pewne obawy, bo ostatnio nurkowałem ponad 3 lata temu,
w Morzu Czerwonym. Najwyżej zrezygnuję
z zejścia pod wodę. Ale nie było tak źle. Sprzęt dobry. Wyjazd łodzią dość daleko ok. godzina płynięcia do grupy podwodnych skał Dickson’s Pinnacle. Na miejscu dwa zejścia pod wodę
na głębokość 30 m. Głęboko, ale bardzo ładna wielokolorowa rafa, z twardymi koralami,
w kształcie krateru wulkanu. Dużo wielkich ryb. Ten młody Hindus na foto obok, był kapitanem łodzi nurkowej. Byłem w grupie 10 osobowej z Włochami i jednym Francuzem. Instruktorzy: „Indianin” i Serbka. Mile spędzony czas. Serbka Milena rozmawia po rosyjsku. Powiedziała mi ze pracuje tutaj drugi raz po pół roku. Zapytałem o Nikobary, dlaczego są niedostępne? Miejscowi uważają , że powodem są znajdujące się tam indyjskie bazy wojskowe , a nie ochrona miejscowych plemion. Nurek z Francji Philipe powiedział mi o swoich częstych pobytach na Gujanie Francuskiej, oraz nad Iquasu. Zapytałem o zwiedzanie Gujany. Uważa
że koniecznie trzeba się wybrać do dżungli amazońskiej, poprzez płyniecie łodzią. Podobno niedrogo bo 40 Euro/dzień, wynosi koszt wynajęcia łódki z: kucharzem przewodnikiem ,
i kierowcą. Uważa długość wycieczki 4-5 dni za wystarczający. Obiecał przesłać szczegóły. Transport publiczny w Gujanie Franc. niezły busami ok. 10 osobowymi. Informacje
w przewodniku o wysokich kosztach życia to przesada.
Po powrocie do portu, niespodzianka z odpływem, bo morze jest z 200 m. oddalone od plaży,
i chyba sporo ponad metr niżej. Łodzie zostały pomiędzy rafami na piasku.

Potuptałem plażą 200 m do mojego hoteliku. Jeszcze tylko kolacyjka w przydrożnej knajpce,
w której były 2 stoły, 2 ławki z desek, i dwa rozlatujące się plastykowe krzesła plażowe. Przygodni zjadacze pierożków kurtuazyjnie ustępują mi miejsca na plastyku. Grzecznie odmawiam bo przy mojej wadze, pewnie bym usiadł na ziemi. Gospodarz prowadzi tę „restaurację” z żoną, i 2-ką „smerfików”, w wieku około 2 i 4 lata. Zamówiłem wegetariański dal fry i 4 chapati. Ostre jak skurczybyk,  ale pyszne. W międzyczasie przysiadła się duża grupa „Indian z Habelock”. Po wypytaniu: a skąd , a jak ci się podoba, a dokąd, skosztowałem wszystkich przysmaków, które były w tej knajpce- nie wypadało odmówić, ja miałem tylko cukierki. Nie skusiłem się tylko na tytoń do żucia. Przygotowywany jest na kawałku gazety
z kilku składników. Wkładają go głęboko do ust i żują, potem „soczyście” spluwają czymś beżowo- brązowym. Dwie godziny i nie mogę zasnąć. Leżąc pod siatką dużej moskitiery nad moim małżeńskim łożem, przyglądam się gekonowi, który jest w kolorze ściany z maty , i pół metra ode mnie. Poluje wokół przyściennej żarówki wiszącej na drucie. Nie wiedziałem
że potrafi tak szybko się poruszać, podpierając się prawie tylko na ogonie. Sporo upolował – nie warto im przeszkadzać są pożyteczne, a dla ludzi zupełnie nieszkodliwe. Jak światło zgasło długo jeszcze słyszałem świerszcza, i cmokanie gekonów (podobno w ten sposób nawołują płeć przeciwną).
10 marzec. Z samego rana tuk- tuk za 100 Rs do portu, i tam zwykłym starym statkiem
do Port Blair. Pachnie ropą, nieco hałasuje , ale tylko za 250 Rs. No i godzinę dłużej (2,5 g.). Tuż przy centrum Port Blair w środku Aberdeen Bazar mam hotel ACC (za 350 Rs/ noc). Wokół sporo innych hotelików.

Obszedłem do wieczora miasteczko: ładne, kupcy nie natarczywi, białasów prawie nie ma. Sporo wycieczek stateczkami można kupić w zatoce, z prawej strony  obok głównego portu (60- 400 Rs). Nigdzie nie ma widokówek. Wysyłam zakupione foto jako pocztówkę (znaczek 12 Rs). Jedyna prawdziwa informacja turystyczna w Rządowym Biurze Turystycznym (patrz przewodnik). Kupuję wycieczkę na Wyspy w Mahatma Gandhi Marina National Park  (między innymi Red Skin Island- Wyspy Czerwonoskórych).  Wyspy są otwarte- czasami je zamykają, bo krokodyle słonowodne wychodzą na płycizny. W poniedziałek wszystkie okoliczne atrakcje nieczynne.
11  marzec. Niedziela. Jadę na w/w wycieczkę Coral Island. Najpierw publiczny autobus do Wandoor (45 minut- 45 Rs). Następnie parę kroków do przystani  na terenie parku. Zakaz wnoszenia plastykowych butelek z wodą. Oferują butle litrowe za kaucją.  Płynie się ok. godziny pomiędzy wysepkami Red Skin Island, do wysepki Jolly Bouy. Tam: snorkeling, pływanie łódkami z szklanym dnem… W sumie 2,5 godzinny piknik na plaży z szmaragdową ciepłą wodą. Rafa koralowa beżowo brązowa (taka sobie), za to wiele dużych kolorowych ryb.

O 15-tej jestem z powrotem w Port Blair. Spróbowałem jazdy prywatnym busem na trasie powrotnej z Wandoor. Doświadczenie przednie
bo też ten autobus: nie miał okien ani drzwi, wszystko w nim się trzęsło, a po przekroczeniu ok.40 km/g wpadał w jakiś rezonans, popękana blacha przy otworze mojego okna grozi rozcięciem, albo obcięciem… skóry. Ogłuszający hałas muzyki, pewnie żeby nie straszyć odgłosami jazdy pojazdu. Na przystankach ludzie prawie wskakują, bo jest rywalizacja, który bus przyjedzie na przystanek wcześniej. Lepiej jechać autobusem tzw. rządowym: w nieco lepszym stanie technicznym, a bilet tyle samo kosztuje.
12 marzec. Wcześnie rano po 4.00 odjeżdżam autobusem, na ponad 200 km wycieczkę, poprzez  Andaman Południowy na Wyspę Baratang (4 godz. w jedną stronę). Chcę zobaczyć prawdziwe życie na tym archipelagu poza miasteczkami. A tak w ogóle, to na tym Archipelagu zamieszkuje ok. 340 tys. mieszkańców, na 319 wyspach o pow. 8248 km 2. Straszy się turystów obcokrajowców półdzikimi plemionami, wprowadza zakazy (patrz wyżej), a ja nie wiem jak jest naprawdę. Nie spotkałem obywateli tych plemion, natomiast miejscowi wykształceni ludzie z ulicy twierdzą, że powodem zakazów, było dzikie biwakowanie „białasów” na plażach, itp. kłopoty. O zakazach dla tubylców obywateli Indii nie słyszałem.
Ale wracam do wycieczki: po ok. 50 km autobusy zatrzymują się przed szlabanem, i jest rejestracja nie mieszkających, w tym rejonie przez policje w księdze . Po śniadaniu typy pierożek i „czaj”, następuje odjazd konwoju kilkunastu pojazdów pod eskorta policji
za szlaban. Jak się okazało jest to rezerwat plemienia Jarawa. Pełno napisów: wszystko
nie wolno, (patrz foto niżej).

Dalej już w konwoju kolejne 2 godziny, przez 47 km wąską drogą, przez góry obrośnięte nienaruszoną wysoką tropikalną dżunglą. Nawet gdybym chciał naruszyć te zakazy, nie było nikogo przy drodze. Wyjazd z rezerwatu, kolejny szlaban i posterunek policji,  oraz prom przewożący ludzi i samochody na kolejną wyspę (bez opłat).

Pojechałem sam, bo autobus skończył jazdę na Andamanie Południowym. Paręset metrów
i z zarośli namorzynowych wystaje przystań wyspy Baratang. Czeka spory tłumek tubylców
i ich pojazdów w druga stronę. Pojechałem trochę dalej kolejnym busem na skraj Andamanu Środkowego, i kolejny prom.

Z uwagi na brak czasu krótki spacer, i powrót na Baratang w rejon miasteczka (regionu) Nilampur. Padało, wilgotno, zaduch od błota w sąsiedztwie domów, przy brzegu i w zatokach. Śmieci pływające w wodzie, i zalegające przy brzegu. Bardzo podobne wsie, grupki domostw, biedniejszych i bogatszych, zwykle chatek z plecionki bambusowej, krytej najczęściej blachą falistą. Tutaj mam trochę więcej czasu na spacer po wsi.


Bardzo gościnni uśmiechający się mieszkańcy. Wpuszczono mnie do kilku chatek. Wykonałem wiele foto. Może powodem było to, że w czasie całego dnia podróży przez trzy wyspy, nie zauważyłem żadnego „białego” turysty. Pewnie byłem dla nich taką samą atrakcją, jak oni dla mnie.

 

 

 

Ta 80 letnia mieszkanka Baratangu- Oral Katcha nazywa się Kadrna Lakta, i zajmowała się przed swoim domem produkcją mioteł. Przy mnie rozdzielała uschnięte liście na podłużne włókna. Nie mówiła po angielsku. Rozmawiałem poprzez sąsiadkę. Widoczny obok na zdjęciu, miły człowiek mieszka z żoną, w wynajętym szeregowcu z desek. Pokazał mi swój dom
i opowiedział o rezerwatach Jarawa. Twierdzi że jest ich  ok.1000, i żyją  w izolacji od reszty wyspiarzy. Inny podróżny w autobusie powrotnym podał mi liczbę 350. Podobnie przewodnik określa ich populację na 400.

Ta święta mućka miała do dyspozycji gęsta dżunglę wokół, a jak widać wolała tekturę na ulicy.
Spotkałem też taki sposób przenoszenia ziemi. Sprawnie im to szło, choć mnie przemknęło przez myśl, że w taki sposób pewnie to robiono przed wynalezieniem koła!!???

Co ciekawe szybko się skończyło. Pora opuścić ten indyjski archipelag. Czas  przelotów lotniczych, poprzez Chennai odleciałem na Goa.
Zapraszam także do zapoznania się z relacjami z całej wyprawy, do:Indii mniej znanych część I”, Indie …cz.II, oraz Archipelagu Lakkadiwów„. Oferuje również filmy z tych podróży.
P.K.