Dziennik z trasy

Rady dla początkujących

Z Himachal Pradesh do Delhi, relacja z podróży.

Z Himachal Pradesh do Delhi, relacja z podróży.

Tekst i zdjęcia: Paweł Krzyk

 

Informacje dotyczące zwiedzania, organizacyjne i praktyczne znajdziesz pod Informacje praktyczne (kliknij).

 

Himachal Pradesh.

Z Ladakhu nasza droga prowadzi do stanu Himachal Prades, przez ponad dwieście kilometrów do Keylong. Po drodze przejeżdżamy przez przełęcze, z których najwyższą jest Lachung La (5060 metrów…). Niesamowite góry i wąwozy, jazda wśród zasp śnieżno- lodowych. Na koniec nareszcie jest Keylong- dworzec autobusowy. Dowiadujemy się, że autobusy ani share taxi (taksówki zbiorowe) nie jeżdżą do Kaza, który jest następnym punktem naszej podróży. Nasz kierowca zawozi nas na postój taxi wskazany przez miejscowych. Żegnamy się- jeszcze dzisiaj rozpoczyna podróż powrotną do Leh. Taksówek nie ma ale mają być. Pilnuję bagaży a Ewy poszły sprawdzić dwa pobliskie hotele. Rozglądam się po okolicy. Miasto Keylong jest niewielkie i rozłożone na zboczach głębokiego kanionu. Rozmowa o pokoju dla trzech osób z trzema łóżkami przebiega jak zwykle, w końcu bierzemy dwa pokoje- razem za tysiąc dwieście rupii. Przypadła mi jedynka za sześć dolarów (?). Nadjeżdża jakaś taksówka, ale nie  może pojechać, dzwoni po kolegę. Przyjeżdża dwudziestoparolatek Paul i rozważamy możliwość wynajęcia go na cztery dni, na całą pozostałą trasę w górach, przez: Kaza, Tabo, Rekong Peo do Shimli za 23.000 rupii (118 dolarów na osobę). Wyszło nieco drożej niż pewnie można by pojechać, ale takie rozwiązanie znacznie zwiększa nasze możliwości organizacyjne, oraz co może jeszcze ważniejsze oszczędza czas i siły. Umawiamy się za godzinę aby ocenić stan techniczny samochodu. Za dwie godziny faceta nie ma, więc idziemy na dworzec szukać innej taksówki… Na zdjęciach jazda w górach… i himalajska toaleta.

1- Keylong, w drodze z Ladakhu 2- toaleta w Himalajach

Po nieudanych poszukiwaniach innego transportu z dość odległego dworca wracamy inną taksówką. W międzyczasie odnalazł się nasz młody kierowca, który miał problem z samochodem- stał na naprawie w warsztacie. Nie zdążyli z naprawą i musiał czekać. W końcu sam pomagał i jest umorusany smarami do łokci. Wszystko jest aktualne i o siódmej rano następuje wyjazd na wycieczkę do Kaza. Młodzieniec znowu się spóźnił, zaspał tym razem.  To kolejne dwieście kilometrów po bardzo złej drodze. Patrząc na stan drogi przemknęło mi, chyba dobrze, że się wyspał i jest uważny na drodze. Skręcamy na wschód w stronę głównych himalajskich grzbietów górskich i ponownie jest okazja do podziwiania Himalajów w pełnym majestacie. Szybko jednak asfaltowa nawierzchnia ginie w oddali a my skręcamy w najgorsze na całej trasie szutrowe odcinki. Nie ma nawet śladu utwardzonej drogi, przyszło forsować piargowe osuwiska, strumienie i kałuże zimowych roztopów. Górska droga wije się w dolinie rzeki Chandra półkami nad przepaściami. Niejednokrotnie omijamy zaspy i jedziemy przez kilku metrowej wysokości tunele śnieżne. Lepiej było nie patrzeć, co znajduje się w dole tuż przy krawędzi samochodu. Większość mijanek to powód do… wezwania „ducha opiekuńczego”, a na pewno dreszcz emocji. Stada owiec, kóz oraz ich długowłosych krzyżówek. Zdarza się mała karawana na objuczonych koniach. Osoba prowadząca karawanę wędruje pieszo a mnie taki obrazek… przypomina wędrówkę górską percią, a nie drogę dla samochodów i ciężarówek.

3- Dolina Spiti 4- Spiti, karawana

Za doliną  Chandry przekraczamy przełęcz Kanzum La (4551 metrów…) Na przełęczy stoją śliczne stupy, furkoczą- w ryku wiatru modlitewne flagi. Współgrają cudnie ze słońcem i bielą szczytów oraz stup. Nasz młody kierowca wali w dzwon wchodząc na teren wokół stup. Dźwięk mosiężnego dzwonka odbija się echem, czysto i donośnie. W odróżnieniu od poprzednika, ten młodzieniec jest ubrany tak jak wszyscy współcześni rówieśnicy z zawadiackim kowbojskim kapeluszem. W samochodzie nie ma religijnych akcentów… Po uderzeniu w dzwon przy wejściu, buddyści i niektórzy turyści obchodzą stupy zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Na wysokich przełęczach zazwyczaj przez okrągły rok zalega śnieg i hinduscy turyści z głębi lądu przyjeżdżają na nie, aby go dotknąć po raz pierwszy w życiu. Czasami jeżdżą na sankach i po prostu się bawią na śniegu. Niżej dwa zdjęcia z przełęczy.

5- Spiti, przełęcz Konzum 4551m... 6- dolina Spiti

Za przełęczą wjeżdżamy w dolinę Spiti. Spotykamy na drodze wielu motocyklistów, jakiś rajd na tych karkołomnych drogach. Jazda wymaga najwyższych umiejętności. Wszystkie motocykle mają wąskie opony i z przodu przyspawane stalowe  ochronniki nóg motocyklisty. Z tyłu natomiast kosze na kanistry z benzyną. Indie mają dużo gór- tych najwyższych. Poprowadzili przez nie drogi kując półki w skalnych ścianach lub umacniając wielokilometrowe, prawie pionowe osypiska. Utrzymanie przejezdności takich traktów to ciągła walka z osuwiskami, z lawinami i rozmywaniem przez wodę. W drodze na przełęcz obserwujemy porzuconą drogę, którą poprowadzono po zbyt stromym piarżystym stoku. Jedziemy po nowej, poprowadzonej po drugim łagodniejszym zboczu. Pomimo licznych umocnień widzimy jak osuwiska piargów pochłaniają poprzedniczkę. Podstawowym budulcem remontowanych odcinków jest kruszywo. Wzdłuż dróg leżą ręcznie ułożone stosy tłucznia różnej grubości. W poszczególnych pryzmach wielkość kamieni jest bardzo jednorodna. Zwykle to potężne kruszarki łamią skały do postaci widzianej na drodze. Mnie zastanawiał ten ręcznie ułożony tłuczeń drogowy. Za którymś z zakrętów pokazała się nam „ miejscowa indyjska kruszarka”: grupa ludzi o bardzo ciemnej karnacji, mocno okutanych poszarpaną odzieżą, młotkami rozłupuje kamienie. Pochodzą z sąsiedniego biednego stanu Bihar z dużym bezrobociem. Zarabiają średnio dziesięć tysięcy rupii miesięcznie, przy indyjskiej średnie pensji w wysokości dwadzieścia do pięćdziesięciu tysięcy. Jedziemy wolno- czasem odcinek około ośmiu kilometrów zajmuje czas jednej godziny. Cała droga jest poprowadzona wykutymi półkami skalnymi i zwykle nie ma żadnych zabezpieczeń. Znowu włos się jeżył, nie wiem: ze strachu czy może należałoby powiedzieć zachwytu? Pod koniec stan drogi się poprawia- kolejne wspaniałe widoki, przełomy rzeki oraz wąwozy. Po dwunastu godzinach jazdy, zjeżdżamy do położonej na wysokości 3600 metrów Kazy.

Miasto nie ma światła w dzień, w nocy podobno włączają. Ruszamy więc na miasto coś zjeść. Dziewczyny wybierają tandori chicken. Jest to kurczak pieczony w piecu po natarciu przyprawami. Na niewielkim talerzyku podają malutkie kawałeczki dobrze przyprawionego ale mocno wypieczonego mini kurczaka. Ja preferuję warzywne specjały, tym razem z ryżem. Wracając próbujemy dotrzeć do miejsca, gdzie wydawane są zezwolenia na wjazd do miejscowości przy granicy Indyjsko-chińskiej, gdzie się wkrótce wybieramy. Wymieniamy pieniądze i wracamy do hotelu, gdyż robi się ciemno. Właściciel mówi, że światła nie ma, że nigdy nie wiadomo: czy i kiedy włączą. Otrzymujemy świeczki i zapałki.

Nazajutrz w Kaza czas przed południem przeznaczamy na załatwienie entry permitu na dolinę Spiti (zezwolenia na wjazd). Jedziemy do biura, gdzie wydają pozwolenia. Jesteśmy piętnaście minut przed czasem (czynny od 10.00). Nasz kierowca dowiaduje się, że potrzebne będą kopie paszportu i wizy, dwa zdjęcia oraz druki odpowiednich formularzy, które kupuje się w pobliskim punkcie ksero (za sześć rupii). Idziemy do biura i czekamy pół godziny na spóźnionego do pracy urzędnika. Po godzinie od przyjazdu mamy nasze pozwolenie.

Niewielu turystów dociera do odosobnionej Doliny Spiti. A ci, którym się to uda szybko dojdą do wniosku, że znaleźli się w kręgu kultury tybetańskiej. Zainteresowani mogą się cieszyć tybetańskimi klasztorami.  Drugą stroną rzeki Spiti jedziemy z powrotem przez około dwanaście kilometrów, a potem dalej pod górę jeszcze osiem kilometrów do wioski KIbber na wysokości 4205 metrów. Jest to najwyżej położona w  świecie miejscowość, z  drogą dla samochodów  i elektrycznością. Cieszą oko i … obiektywy kamer, piękne domy i widoki. Niesamowita droga i góry. Później cofamy się do położonego na wysokości 3700 metrów… Klasztoru KI (Key). Ten klasztor jest licznie zamieszkany. Przy wejściu grupka młodych  mnichów ćwiczy sposoby dyskusji i argumentacji, również przy użyciu mowy ciała. Ciężko dysząc dochodzimy na sam dach. Mali chłopcy w mnisich szatach schodzą się z rozmaitych stron na posiłek. Idąc na lunch przynoszą kawałki drewna, by było na czym ugotować następny. Na jednym z tarasów siedzi ponad dwudziestu modlących się chłopców. Dzisiaj będzie ryż z dalem, starsi niosą je w miednicy i wiadrze… Na dole okazuje się, że samochód musi pojechać do mechanika- poluzowała się śruba mocująca koło.

7- klasztor KI , 4100 m... 8. mnisi dolina Spiti, klasztor KI

Po powrocie do Kaza, czekamy dość  długo. Okazało się, że śruba się złamała… , ruszamy po kolejnych dwóch godzinach. Drogę poprowadzono…. jak zwykle, czyli stromymi zboczami, pod nawisami skalnymi, przełomami rzeki i mimo, że jeździmy tak już od paru dni, gapimy się jak nawiedzeni. Nie zdążamy dojechać do wioski Dhankar (3890 metrów)… Po drodze przez rzekę w zawieszonym na linie koszu, przeprawia się kobieta. Stojący na pomoście mężczyźni ciągną linę i kosz się przesuwa. Cieszy nas lepszy stan drogi…. Nagle stop, prace drogowe: w poprzek przez Himalaje dla potrzeb łączności wojskowej kładą światłowód.  Na kolejny nocleg w Tabo docieramy przed wieczorem. Paul wiezie nas do gest hausu, gdzie ponoć ma być pokój z trzema łóżkami. Jest podwójne  i materac na niskim podeście (za pięćset rupii, co daje po dwa i pół dolara na osobę). Podobnie jak w Kaza nie ma światła… Zamawiamy kolację, zarówno alu gobi jak i alu masala są bardzo smaczne. Na kolację czekamy długo. Na jadalni mile plotkuję  z gospodarzem, wypytując między innymi o wielomęstwo…. Okazało się, że ten zwyczaj faktycznie istnieje w wioskach Himachal Prades- na przykładzie wioski Dhankar, która leży w odległości około szesnastu kilometrów od Kaza. Piszę o tym w poprzedniej relacji: Wielomęstwo… wielożeństwo.

Oboje są zawodowo czynnymi nauczycielami.  Żona gospodarza pracuje w szkole w Tabo, a on codziennie dojeżdża do szkoły w Dhankar, co zajmuje mu około trzy godziny w jedną stronę. Najpierw jedzie autobusem, chyba, że ktoś go podrzuci. Wysiada w miejscu, gdzie od głównej boczna droga odchodzi do Dhankar. Stamtąd ma osiem kilometrów podejścia. Ale nie idzie zakosami drogą, tylko na wprost, żeby było szybciej. Zimą panują  tam bardzo niskie temperatury, nawet minus czterdzieści pięć stopni Celsjusza. Wtedy jego żona ma ferie i przenoszą się z dziećmi do wsi. W szkole pracuje siedmiu nauczycieli, tylko on dojeżdża. Szkoła liczy jedenastu uczniów w czterech klasach (!).

Rano serdecznie żegnamy się z gospodarzami i startujemy zobaczyć  starą gompę. Współczesny czorten (duża stupa) znajduje się na terenie stareńkiego klasztoru z dziesiątego wieku, który UNESCO umieściło na liście World Heritage Sites. W odróżnieniu od innych nie znajduje się na zboczu góry, lecz w środku osady Tabo. Można go obejrzeć tylko z zewnątrz. Okazuje się, że ta jest niepodobna do niczego dotychczas oglądanego. Chcemy go zwiedzić, jemy śniadanie w klasztornej restauracji, ale przesuwają o dwie godziny czas otwarcia. Poddajemy się i wyruszamy w kierunku Rekong Peo. Sto sześćdziesięciokilometrowy przejazd do Rekong Peo zajął osiem godzin. I znów jest to samo: przepiękne krajobrazy, droga poprowadzona po skalnych półkach, wodospady, rwące rzeki. I mimo, że oglądamy to kolejny raz, jesteśmy urzeczeni. Ale po kolei, górskimi wąwozami i dolinami: najpierw do końca Spiti Valley a potem wjazd w kolejną dolinę cały czas wzdłuż rzeki Spiti. Na końcu rzeka zamienia się w ryczącego potwora głęboko w kanionie. Wokół coraz wyższe góry z najwyższą Leo Pargial 2- sięgającą 6770 metrów… Za doliną Spiti poruszamy się drogą wzdłuż granicy z Chinami (Tybet). Mnóstwo wojska, droga dość dobra. Miejscami jednak dreszcz emocji z jazdy po półkach skalnych, wzdłuż potężnych osuwisk, nad przepaściami sięgającymi wgłęb wąwozu rzecznego.

9- Himalaje w drodze do Rekong Peo 10- Rekong Peo

Miasto Rekong Peo położone jest wysoko na stoku góry- obrazki jak rodem z dzikiego zachodu. Bazar z oryginalnymi strojami i zielonymi czapkami ludności okolicznych wiosek rejonu Kinnaur. O osiemnastej miał miejsce przemarsz przez miasto wiernych, niosących czarną kosmatą boginię  hinduską (zakaz foto).  Wyjazd do stolicy stanu Shymli nieco się opóźnił, po porannym kłopocie z przeciekiem oleju w samochodzie (rozbita skałami obudowa filtra olejowego). Czeka nas dwieście czterdzieści kilometrów, początkowo po kostropatej drodze. Później wodne elektrownie podziemne i coraz bardziej zielono, w końcu dobra droga, lasy i coraz mniej ciekawie z uwagi na zamglone góry.  O osiemnastej meldujemy się w super hotelu nad dworcem autobusowym. Taksówką do miasta i zwiedzamy o zmroku zwarte centrum Shimli, niegdyś renomowanego brytyjskiego kolonialnego kurortu. Jest to typowe kolonialne miasto z byłą rezydencja wice-króla kolonii brytyjskiej. Najciekawsze do zobaczenie to:  Kościół Chrystusa z ciekawymi witrażami, oraz promenada Dze Mall z mnóstwem ludzi i sklepów. Wracamy do hotelu z przygodnym hindusem… Na zdjęciach: Shimla i knajpka uliczna.

11- Shimli 12- hinduska knajpka uliczna

Uttarakhand.

Jedenastogodzinna jazda autobusem z Shymli do Haridwar była uciążliwa i raczej nudna: naprawa koła, sikanie w krzakach, mnóstwo stopów i wsiadanie-wysiadanie, skrzypi i trzeszczy okno, zamglone krajobrazy- więc nic nie fotografuję.  Po dojechaniu do Haridwar o 16,30 stajemy w korku na przedmieściu, i autobus po dwóch godzinach… zjeżdża na pobocze i kończy bieg. Musimy sami z plecakami dojść do centrum miasta, później do hotelu rikszą za trzysta rupii. W ten sposób wkroczyliśmy do stanu Uttarakhand, aby zwiedzić Haridwar i Rishikesh.   Haridwar (Brama Bogów), to święte hinduskie miasto, jedno z czterech nad Gangesem z gatami, oraz obmywaniem się w świętej rzece Gandze (Gangesie). Góry tutaj nie są takie wysokie jak Karakorum albo nepalscy giganci dalej na wschód, i tworzą prawie ciągły łańcuch, którego kulminacją jest najwyższy szczyt Indii, Nanda Dewi (7816 metrów…). W Haridwarze, Ganges z hukiem rusza z przedgórza himalajskiego w długą podróż do Zatoki Bengalskiej. Pobliskie miasto aśramów Riszikesz także przyciąga. Stąd nabożni pielgrzymi wyruszają do źródeł Gangi i wyżej położonych świątyń.

Przed południem przyjemny spacer z hotelu  w stronę głównej świątyni Har-ki- Pajuri. Po drodze przejścia po licznych mostach nad Gangesem, który tutaj rozdziela się na kilka kanałów. Bazar ze świętościami hinduskimi, świątynia Chiwy, wieża zegarowa, mnóstwo pielgrzymów i hinduskich turystów. Próbujemy wjazdu na wzgórze ze świątyniami i widokiem na miasto, rezygnujemy z uwagi na dwugodzinne oczekiwanie w ogonku do kolejki linowej. Przed wieczorem wyjechaliśmy rikszą do rejonu głównych świątyń. Dla Hindusów znajdujący się obok gat Har-ki- Pajuri (dosłownie „ślad boskiej stopy”), jest szczególnie ważny jako miejsce, w którym bogini opuszcza góry. Tłumy gromadzą się na wieczorną ceremonię kończąca się puszczaniem światełek na wodzie. Mini łódki z liścia są wypełnione kwiatami, małą lampką i… monetą. Lampki puszczają na ofiarę dla Gangi w intencji szczęścia rodzinnego. Mnóstwo ludzi, tłumy– wieczorne „wyjce” w świątyni i machanie ogniami… Myjące się postacie w burzliwych wodach rzeki płynącej kanałem dookoła gatu. W świętym mieście nie sprzedaje się dań mięsnych i nie pije alkoholu. Nie krzywduję sobie, znowu ryż z warzywami… Szukamy transportu do Delhi, musimy zamówić bilety u pośrednika w biurze rezerwacji, kupi nam bilety kolejowe (czterysta rupii). Na zdjęciach: główny gat oraz sklepik oferujący łódeczki.

13- Uttarakhand, Haridwar 14- Haridwar

Drugi dzień w świętych miastach rozpoczął się od godzinnej jazdy rikszą- wibramem do Riszikeszu. Wibramem jest nazywana duża wieloosobowa riksza. Hindusów może w niej siedzieć … nastu, roślejszych ludzi czterech- pięciu. Miasto położone jest dwadzieścia cztery kilometry na północ od poprzedniego, w miejscu gdzie kaskady Gangesu opuszczają zadrzewione wzgórza. Riszikesz posiada liczne aśramy hinduskie i przyciąga najróżniejszych ekscentrycznych guru (foto). Duży  aśram Śiwanandy (Shivananda Ashram)  to zwłaszcza sławne centrum jogi. Zwiedzamy okolice gatu z mini świątyniami… i kąpielami licznych pielgrzymów. Mamy szczęście trafić na główne uroczystości święta religijnego, które nazywają Festiwalem Gangi (foto). Wielobarwna, oryginalna ceremonia z paleniem ogni na specjalnych stojakach i okręcaniem się dookoła. Potem ludzie zapałają sobie własne ognie, również puszczanie na wodę kaganków z kwiatami, lampką i monetą. Wchodzimy do najstarszej świątyni Beharat Mangir. Na koniec rikszą na drugi kraniec miasta i znowu kąpiele przy  aśramie Swarg. Miasto okazało się także ośrodkiem sportów ekstremalnych: rafting, trekkingi oraz wspinaczki górskie. Obserwujemy zakończenie raftingu na tle rozległego widoku na koniec miasta, górki i szeroki Ganges… Przykładem cen usług wykonywanych w Indiach, może być naprawa moich spodni u ulicznego krawca wraz ze wszyciem dwóch suwaków zamykających kieszenie…, za trzy złote (!?).

15- Riszikesz, Festiwal Gangi 16- Riszikesz

Delhi

Do stolicy subkontynentu indyjskiego docieramy pociągiem, nieco ponad dwieście kilometrów w ciągu niespełna sześciu godzin. Jak zwykle w Delhi wybieramy nocleg w hoteliku na bazarze Pahar Ganj (fon. Pachargandż). Jego koloryt zachwyca mnie za każdym razem. Znajduje się w centrum miasta i prawie się nie zmienia. Ostatnie trzy dni wyprawy spędzam właśnie tam.

17- pociąd Haridwar- Nowe Delhi 18- Delhi, Pahar Ganj

Pokazujemy naszej koleżance główne zabytki miasta, gdyż jest w nim po raz pierwszy. Wędrujemy pomiędzy Czerwonym Fortem i głównym meczetem Jama Mashid.

19- delhi Czerwony Ford 20- Delhi, główne ulice przy Jama Mashid

Po drodze wchodzimy do dwóch niezwykle ciekawych świątyń, które pominąłem w czasie poprzednich pobytów . Pierwszą była szesnastowieczna świątynia hinduska Dżinistów ze szpitalem… dla ptaków.

Dziwna to hinduska religia, powstała przed naszą erą i posiadająca około pięciu milionów wyznawców. Przed laty, podczas pierwszego pobytu w Indiach spotkaliśmy grupkę wyznawców, którą prowadził dżinijski guru ubrany… tylko we własną skórę. Ortodoksyjna wersja, to goły człowiek z miotełką, którą odgarnia z ziemi żyjątka – aby przez przypadek ich nie nadepnąć! Możesz sobie wyobrazić jak zachowywały się nasze aparaty fotograficzne… Dżiniści wyznają pięć zasad:

– powstrzymanie się od zadawania cierpienia wszelkim istotom żywym,

– nie kłamią,

– nie kradną,

– nie cudzołożą (mniszki nie współżyją seksualnie) oraz

– powstrzymują się od posiadania własności zbędnych…

Drugą była świątynia Sikhów w Delhi. Ta religia jest młodsza (wiek piętnasty, stan Pendżab) i posiada dwadzieścia cztery miliony wyznawców, których rozpoznasz u mężczyzn po turbanach i bujnym zaroście. W czasie poprzedniej podróży dotarłem do ich głównej Złotej Świątyni w Amritsar. Relację znajdziesz TUTAJ. W Delhi jesteśmy oprowadzani po zakątkach świątyni przez przewodnika. W tej religii nie ma kapłanów i osób czerpiących korzyść materialną z posług religijnych. Posiadają świętą księgę i ich „biblia” jest w ciągu dnia publicznie odczytywana. Pokazują nam sypialnię świętej księgi, gdzie jest przechowywana w nocy pomiędzy  21,30 i 2,30. Innym zwyczajem religijnym jest karmienie wszystkich, którzy o odpowiedniej porze wejdą do świątyni. Zwiedzamy potężną kuchnię o przerobie dwadzieścia dwa tysiące posiłków dziennie, w czterech turach: od śniadania do kolacji. Np. lunch wydają od 12.30-13,30. Raz w tygodniu liczą pieniądze zebrane do skarbonek (zabronili robienia zdjęć stertom banknotów liczonych przez wolontariuszy). Obowiązuje u nich pięć zasad wyróżniających charakter Sikha, tzw. „5 K”:

– Kesz (długie nie obcinane włosy, które zaplatają w warkoczyki i ukrywają pod turbanem),

– Kanga (grzebień- codziennie musi dbać i szczotkować swoje włosy),

– Kara (stalowa bransoleta- na prawym ręku aby szedł prawą drogą),

– Kacz (para szortów- bokserki aby mieć bieliznę i ograniczenie seksualności max 2-3    dzieci),

– Kirpan (miecz do obrony- gdy zawiodą inne argumenty…).

Nie rozpisuję się, gdyż wszystko można znaleźć szczegółowo w licznych przewodnikach i Internecie.

Spacerujemy zatłoczonymi uliczkami z ogromną ilością riksz rowerowych i małych tuk tuków (riksze motorowe). Bardzo często jesteśmy proszeni o zgodę na wspólne zdjęcia (foto). Dwie Ewy, moje towarzyszki podróży w części indyjskiej, ostatniego dnia dalej zwiedzają. Mnie to już… jakoś nie kręci, jestem tu po raz kolejny… Zostaję ostatniego dnia w hotelu, robię ostatnie zakupy dla członków mojej rodziny. Największy kłopot mam z zakupami dla wnucząt… Ostatnie wyskoki do knajpek na tradycyjne indyjskie papu.

21- Delhi 22- Delhi, posiłek na ulicy

Pakując się, zauważam paski na mojej koszuli- wyblakłej od słońca, co widać najbardziej pod paskami plecaka. Bardzo tęsknię do domu… i minęło 97 dni mojej wyprawy wokół globu. Odwiedziłem siedemnaście krajów i terytoriów, w których spędziłem od kilku do dwudziestu kilku dni. Podróż opisałem w dwudziestu trzech relacjach (wszystkie znajdziesz na tej stronie). Na koniec mapki. Pokazuję: drogę w tej części Indii, oraz całą trasę wyprawy.

 

mapka z trasą- Indie- z Kaszmiru do Delhi

 

mapka z trasą zrealizowaną

 

 

Przejście do poprzedniej relacji: Wielożeństwo… wielomęstwo?

Przejście na początek trasy: Gujana Francuska,