Indie zachodnie, Z Delhi do Radżastanu. Relacja.

 

Indie zachodnie, z Delhi do Radżastanu. Relacja z podróży.

Tekst i foto: Paweł Krzyk

 

              Indie z uwagi  na swoją niezwykła egzotykę, są krajem do którego co rusz powracam i zawsze znajduję coś nowego. W Delhi mieszkam zwykle na Paharganj, barwnym, rozległym bazarze, który przez ćwierć wieku prawie się nie zmienił: ten sam zgiełk klaksonów i dzwonków, stare budownictwo, egzotyka i… niestety śmietnik wokół. Tutaj miałem przyjemność dołączyć do grupki przyjaciół z Warszawy, z którymi kontynuuję podróż  w kierunku wschodnich stanów indyjskich. Nie rozpisuję się, gdyż można o Indiach przeczytać w rozlicznych przewodnikach. Na zdjęciach: uliczka bazaru i sprzedawca warzyw, rozdrabniający je miniaturową sieczkarnią- w większej wersji doskonale znaną naszym rolnikom do cięcia słomy.

 

 

Wynajętymi taksówkami zwiedziliśmy część głównych zabytków stolicy tego ponad miliardowego państwa. Były to po kolei: Grobowiec jednego z Mogołów Humayuna a potem meczet i grobowiec Hazrat Nizamuddin Darga. W Qutab Minar można zobaczyć stare Delhi, ruiny meczetu i słynne minarety w tym siedemdziesięciodwumetrowy z  dwunastego wieku, oraz jeszcze starszą żelazną kolumnę. Na koniec, po  godzinnym oczekiwaniu w długaśnych kolejkach, zwiedziliśmy rozległą, współczesną świątynię hinduistyczną Akshardam. Na zdjęciu 72 metrowy Qutab  Minar.

 

 

Do Radżastanie poruszamy się głównie pociągami. Bardzo wygodny sposób podróży w lepszej jakości pociągu indyjskim- porównując zapamiętane z wcześniejszych pobytów. Jest to obecnie największy pod względem powierzchni stan Indii, graniczy z Pakistanem i posiada około pięćdziesiąt siedem milionów mieszkańców. Do Ajmer przyjeżdża się po drodze do miasta Puszkar. Warto w samym Ajmer zajrzeć do kilku ciekawych świątyń. Dargachwadża Sahib w niedzielę okazała się pełną wyznawców suficką świątynią, w której czczą jednego ze swoich świętych- zmarł tutaj w 1236 roku (foto). Adhai Din ka Dżhonpra jest niebrzydkim dwunastowiecznym meczetem, zaś w Czerwonej Świątyni Jinistów (Nasiyan), w tak zwanej złotej sali można obejrzeć model życia jednego ze świętych.

 

 

Prastary ośrodek kultu hinduskiego boga stworzyciela- Brahmy, znajduje się w Puszkar nad jeziorem na skraju pustyni Thar. Według legendy Brahma chciał w miejscowym jeziorze dokonać samounicestwienia, a kiedy jego żona Sawitri nie przybyła na czas, wówczas poślubił inną kobietę. Rozgniewana Sawitri przeklęła Brahmę, że za karę nie będzie czczony nigdzie poza Puszkar. Znajdujące się w pobliżu świątyni święte jezioro jest uważane za cudowne i uzdrawiające. Było i jest celem pielgrzymek nie tylko wyznawców hinduizmu, lecz także dżinizmu i sikhizmu. Spacerując zajrzeliśmy do świątyni Brahmy a później obeszliśmy wokół jezioro z pięćdziesięcioma dwoma ghatami, przy których wierni dokonują rytualnych świętych kąpieli.

 

 

Do świątyni Sawitri na wzgórzu za miastem dostaliśmy się kolejką linową, zaś riksza dowiozła nas do białej świątyni sikhijskiej. W uliczkach wokół jeziora znajdują się liczne sklepiki bazarowe i restauracyjki oferujące hinduskie specjały.

 

 

Kolejny przeskok pociągiem, niestety tradycyjnej jakości z trzema ogromnymi wentylatorami w otwartych przedziałach sypialnych, zaprowadził nas do Jaisalmer – miasta położonego na pustyni Thar w pobliżu granicy z Pakistanem. Miasto jest jedną z największych atrakcji turystycznych Radżastanu, jeżeli nie całych Indii.

              Najciekawszym miejscem do zwiedzenia na pewno jest Fort Jaisalmer – potężne umocnienia zbudowane z piaskowca w dwunastym wieku przez maharadżę Dźajsala na szczycie wzgórza Trikuta. Fort zachowany jest w bardzo dobrym stanie i do dzisiaj zamieszkany przez znaczącą część ludności Jaisalmer. Wewnątrz fortu warto zajrzeć do pałacu królewskiego.

 

 

Miasto znane jest z haweli – domostw bogatych kupców z końca dziewiętnastego wieku. Do najlepiej zachowanych zaliczają się: Patwon-ki-Haveli, Salim Singh-ki-Haveli…

 Mnie najbardziej zadziwiły przepiękne rzeźbienia w świątyniach dżinijskich. Kompleks siedmiu świątyń można zobaczyć w wyznaczonych godzinach. Zwiedzając podziwia się wyśmienite zdobnictwo, również takie, które będzie kojarzyło się z Kadżuraho i kamasutrą.

 

 

Uliczki w forcie pełne są sklepików, kupców próbujących zachęcić do wejścia właśnie do ich sklepików czy obejść handlowych, obojętnie wewnątrz budynku czy takiego rozłożonego na najbliższym murku czy przenośnym straganie. Liczne restauracyjki kuszą nie tylko hinduskimi specjałami, również piwem- normalnie prawie niedostępnym w indyjskich miastach. Spacerując po wąskich uliczkach, niejednokrotnie ujrzy się: ściany mocno odchylone od pionu, liczne misternie rzeźbione balkony, ażurowe okna z czasów haremowych oraz fantazyjne ozdoby  dachów.

Dla mnie fort w Ajsalmer był jednym z najpiękniejszych zabytków indyjskich, w którym co rusz czułem się jak w krainie tysiąca i jednej nocy. Szecherezadę, rezolutną bohaterkę tej baśni, miałem szczęście  zobaczyć naprawdę w odległości ośmiu kilometrów od miasta. W zabytkowych cenatopach w Barabahg (pamiątkowe grobowce) czarowała swojego księcia zmysłowym tańcem, na planie jednego z boliwoodzkich filmów (foto).

 

 

Jodhpur jest milionowym, dość interesującym miastem leżącym na skraju pustyni Thar. Wszystkie budynki w starszej części miasta pomalowane są na kolor niebieski, co dało miastu charakterystyczny przydomek. Najważniejszą budowlą jest stojący na wzgórzu imponujący Mehrangarh Fort.

 

 

Tuż przy forcie trzeba zajrzeć do pięknego mauzoleum maharadżów. Schodząc spacerkiem w dół do błękitnego starego miasta, można zatrzymać się w restauracyjkach: na „hinduskie coś na ząb”, kawę, czaj, lassi, czy piwo „Kingfisher” o słusznej pojemności 0,65 litra. Po drodze będzie zabytkowa, ogromna studnia miejska. Warto zobaczyć również pałac Umaid Bhawan, czy poszwendać się po uliczkach bazarowych.

 

 

 Z Jodhpuru kolejny  raz pociągiem przejechaliśmy do Abu Road, a następnie taksówkami do górskiego kurortu Radżastanu- Mt Abu. Zrobiło się chłodniej, gdyż przeskoczyliśmy na wysokość okolic naszego Zakopanego- tylko lasów iglastych jakoś nie widać. Wszystko buro- brązowawe w kolorach naszej późnej jesieni- trwa zima, jedna z trzech indyjskich pór roku. Jest jeszcze w Indiach pora letnia i monsunowa.

 Na Górze Abu wybudowano kilka hinduskich świątyń. Objechaliśmy je wraz z hinduską wycieczką. Najatrakcyjniejszymi po drodze wydały mi się: wykuta w skale Małpia Świątynia Adhar  Devi z małpim bóstwem, oraz świątynia dżinijska Delwara. Ta druga jest kompleksem świątyń z misternymi rzeźbami bóstw hinduskich w białym marmurze, zbudowanych między jedenastym i szesnastym wiekiem naszej ery (niestety zakaz fotografowania uniemożliwia mi przekazanie jej wyjątkowego piękna). Bogaty w wydarzenia dzień zakończył spacer na punkt widokowy z zachodem słońca. Dla „słabszych duchem”, miejscowi pomysłowi „biznesmeni” oferują przejażdżkę pod górkę wózkiem- rodem z zabaw dziecięcych (foto).

 

 

Najbardziej popularnymi przegryzkami w oczekiwaniu na wolno zapadający okrąg słońca za górzysty horyzont, było poza kolbami kukurydzy, przyprawione zboże z dodatkami… To czerwone jest obranymi owocami granatu.

W dalszą drogę postanowiliśmy pojechać wynajętymi taksówkami, gdyż pozwoliło nam to zaoszczędzić połowę dnia. Jazda po indyjskiej autostradzie, to wydarzenie do którego europejski kierowca na pewno nie przywykł, w czasie poruszania się po drogach szybkiego ruchu. Oprócz tego, że jest płatna, znajdziesz na niej kilka różnic:

– szwendające się stadko owiec,

– krowy na pasie oddzielającym jezdnie,

– motocykl a nawet TIR z przyczepą poruszający się pod prąd, że nie wspomnę o gigantycznie przeładowanych rikszach.

Nie byłbym sobą, gdybym nie pokazał antycznej maszyny, zaobserwowanej dwukrotnie podczas jazdy. Jak w czasach prehistorycznych niezwykły kierat napędzany wołami (-em) przenosił wodę na wyższy poziom.

 

 

 Po drodze  do Udajpuru zboczyliśmy kilkadziesiąt kilometrów w bok do Ranakpuru. Przyjeżdża tu prawie każdy, który chce zwiedzić bajeczne świątynie dżinijskie. Były przepiękne ze wspaniałymi rzeźbieniami nie tylko  na 1444 kolumnach. Tutaj prawie wszystko zostało przyozdobione postaciami bóstw i apsar w wymyślnych zmysłowych pozycjach. Sam zobacz- ile można  zrobić zdjęć w takim miejscu?

 

 

Sześćsettysięczny Udajour leży nad jeziorem Pićhola, w górach Arawali, podobnie jak wcześnie oglądane Mont Abu. Wyruszamy znowu poza miasto do oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów Eklingi- kolejne świątynie hinduskie. Tym razem najpiękniejszą  jest poświęcona hinduskiemu bogowi Sziwie (zakaz fotografowania wewnątrz).

Udajpur położony jest wokół sztucznego jeziora. Pięknie przeglądają się w jego wodach liczne pałace i świątynie, a nad wschodni brzeg prowadzą ghaty, z których można nad lampką piwa, czy na przykład wegetariańską kolacją, kontemplować zachodzące słońce. Warto zajrzeć do potężnego Pałacu Miejskiego, oraz znajdującej się tuż obok Świątyni Dźagdiś.

 

 

Część dnia poświęciłem na zwyczajne poszwendanie się po barwnych uliczkach i sklepikach. Moje  koleżanki szalały z zakupami: kolejnych szmatek, chustek, szalików, obrusów czy świecidełek. Ja jestem myślami już dalej- jutro żegnam grupkę przyjaciół i znowu samotnie jadę autobusem do stanu Gudżarat.

 

 

Przejście do następnej relacji:  z Gudżaratu do Bombaju

Przejście do poprzedniej relacji: Afganistan