Dziennik z trasy

Rady dla początkujących

Kongo, Demokratyczna Republika Konga : Relacje z podrózy

Spis treści

Kongo, Lubumbashi, relacja z podróży.

Dodano: 10-12-2014

Kongo, Lubumbashi, relacja z podróży.

Tekst i zdjęcia: Paweł Krzyk

Lubumbashi, miasto leżące w południowej części Demokratycznej Republiki Konga, miałem okazję zobaczyć podczas krótkiego wypadu z terenu Zambii. Było to w grudniu 2014 roku, podczas wyprawy do Afryki Wschodniej. Podczas tej podróży wygospodarowałem kilka dni, i postanowiłem zobaczyć tę niewielką część D.R. Konga. Kongo jest obecnie niezbyt bezpiecznym krajem do zwiedzania turystycznego. W prowincjach: Nord Kivu, Sud Kivu i Orientale działają grupy zbrojne i rebelianci. Okresowo dochodzi do potyczek zbrojnych. Po zrobieniu rozeznania na pograniczu w Zambii i potwierdzeniu, że nie ma tam obecnie problemów … ruszyłem nie mając wizy. I ten problem okazał się najtrudniejszy. Przyjechałem autobusami z Zambii przez: Kitwe, Chingola do przygranicznego miasteczka Chilabombwe. Ledwo autobus się zatrzymał, gdy czarne ręce wyciągają się ze wszystkich stron po mój bagaż. Zdziwiony pytam dlaczego go biorą: bo na pewno jedziesz a granicę i potrzebujesz taxi. Okazało się, że robią tak wszyscy, a taxi jadą wypełnione pasażerami po brzegi, te ostatnie kilka kilometrów (za nieco ponad 1,5 USD). Przed dojazdem do granicy, ciągnie się kolejka dużych samochodów ciężarowych, stojących w kolejce do odprawy. Dojeżdżamy w miejsce w nijaki sposób nieuporządkowane: mizerne targowisko z warzywami i owocami, dziury z kałużami po deszczu, tłumek kręcący się we wszystkie strony. Rozbawiony obserwuję załadunek niebotycznych pakunków, na rowery, ale takie specjalnie przygotowane: same rurki, koła, kierownica i bez napędu pedałami. Ma się zmieścić jak najwięcej, a jechać i tak nie sposób po wielkich wybojach. Ledwo zobaczyli mój kolor twarzy, zostałem otoczony przez kilkunastu wymieniaczy pieniędzy: tanzańskie kwacha na franki kongijskie (CDF), dolary…, oraz osoby oferujące przeprowadzenie- pokazanie jak się przechodzi przez urzędy  graniczne. Bronię się jak mogę, gdyż wiem, że na wszystkich granicach te usługi zawsze kończą się żądaniem wygórowanej zapłaty, za niepotrzebne mi usługi. Jeden się przyczepił i łazi za mną, przegania nawet innych. Na zdjęciach: czerwone potoki po krótkim deszczu, oraz fotka zrobiona: autorowi relacji z w/w opiekunem, oraz niskiego wzrostu wymieniaczem pieniędzy, ale za to z grubaśnym plikiem walut do wymiany. Zdjęcie zrobiłem w pasie granicznym.

www.wedrowkizpawlem.pl

20141201_095548

 

 

Odprawa zambijska jest szybka, i po kilku minutach idę do oddalonych budynków kongijskich. Najpierw tak jak wszędzie obecnie w Afryce: sprawdzenie żółtej książeczki i szczepienia przeciwko żółtej febrze, sprawdzenie temperatury ciała, a może potrzebujesz prezerwatywy (???, leżą w pudełku dla chętnych). Grzecznie podziękowałem i podaję paszport urzędnikowi imigracyjnemu mówiąc, że chciałbym otrzymać wizę na tej granicy na 2-3 dni. Po chwili wraca i mówi wpłać 70 USD, ale za chwili kolejnej przychodzi miejscowy „ważniak”, zabiera paszport i zaczyna się gorączkowa wymiana zdań pomiędzy nim i moim opiekunem, w którymś z lokalnych języków. W końcu nie wytrzymałem i zapytałem, dlaczego w mojej sprawie rozmawiają z nieznanymi mi osobami? Poprosili mnie do pokoju szefa służby granicznej, i tu nastąpiło wypytywanie; kim jestem i po co chcę jechać. Na odpowiedź: turysta, pada pytanie gdzie mam potwierdzenie, że jestem turystą!!! Przecież masz mój paszport- to jest dokument dla turysty! Odpowiedź: aby dostać wizę musisz mieć dokument z Twojego Ministerstwa Turystyki, z poświadczeniem, że nim jesteś. Zamurowało mnie. Chcą mnie odesłać do przedstawicielstw dyplomatycznych DR Konga w Zambii: do Ndala lub Lusaki. Całe szczęście, że wpadłem na pomysł pokazania im moich licznych wydruków internetowych, które przygotowuję o każdym kraju. Chyba ich zaciekawiłem. Ponadto towarzyszący mi „pomagier” okazał się chyba nie tylko człowiekiem z ulicy, gdyż wlazł za mną do tego pokoju i aktywnie uczestniczy w rozmowie. Nawet ze swojego telefonu wykręca jakieś numery i podaje słuchawkę „ważniakowi”. Po godzinie i mojej prośbie, że tylko na jeden dzień, zabrali paszport i poszli załatwiać. W tym samym czasie do pokoju wszedł następny „białas” z problemem podobnym do mojego. Jest z RPA i jedzie na dwa dni skontrolować swoje kongijskie przedsiębiorstwo. Proponują mu zakup wizy półrocznej za 1200 USD. W tym czasie ja mam swój paszport z kawałkiem papieru, w oparciu o który mogłem wjechać do Konga. Sukces, na który naprawdę nie liczyłem, po godzinie spędzonej na oczekiwaniu. Pakując się, kątem oka widzę jak ten z RPA się wścieka, bierze paszport i wraca z powrotem do Zambii. Postawiłem piwo swojemu pomagierowi już po stronie kongijskiej. Pożegnaliśmy się po wymianie grzeczności, i moim podziękowaniu. Dojeżdżam po niecałej godzinie obdrapanym mini busem do Lubumbashi. Nie wymieniałem pieniędzy, przyjęli zambijskie (ceny ok. 3 razy wyższe). Jest to duże prawie 1,8 milionowe miasto, które jest stolicą regionu Górna Katanga. Miasto leży u postawy jakby cypla lądu, wciskającego się w teren Zambii. Są to tereny przemysłowe, prawie nie różniące się od tych po drugiej stronie w Zambii. Mając na względzie ostrzeżenie przekazane mi na granicy, o zakazie fotografowania obiektów urzędowych, dałem sobie z tym spokój, tym bardziej, że to miasto jest bez specjalnych wyróżników. Jak dla turysty niezbyt atrakcyjne. Po spacerze kilku godzinnym, postanowiłem wrócić tego samego dnia z powrotem do Zambii. Na kolejnych zdjęciach: granica po stronie kongisjkiej, oraz wielkie termitiery przy budynkach wioski, gdzieś po drodze.

www.wedrowkizpawlem.pl

www.wedrowkizpawlem.pl

Jeszcze tylko kilka informacji o Kongo, do którego pewnie wrócę od strony zachodniej, ale po uspokojeniu się problemów wewnętrznych. Francuskojęzyczne Kongo jest bardzo dużym krajem, siedmio krotnie większym od Polski, oraz liczbie mieszkańców ok. 72 miliony w 250 grupach etnicznych. Posiada tylko 37 km wybrzeża atlantyckiego, oraz większość kraju zajmuje dżungla dorzecza rzeki Kongo. Dopiero po powrocie do przyjaznej Zambii, przygotowując tę relację, doczytałem się ostrzeżenia naszego MSZ, że zdarza się na tym zambijskim przejściu granicznym, nawet niehonorowanie wizy otrzymanej w Ambasadzie D.R. Konga w Warszawie. Należy pamiętać, że turyści mający w paszporcie: wizę ruandyjską, wizę burundyjską lub znaczki urzędu imigracyjnego Burundi, mogą napotkać trudności przy wjeździe do tego kraju. Z uwagi na to, że powrót nastąpił tego samego dnia, ten sam urzędnik zambijski zgodził się unieważnić stempel wyjazdu, tak że nie musiałem powtórnie opłacać wizy Zambii. A ja ruszyłem w przedwieczorną podróż do Lusaki.

Następna relacja będzie z: Malawi.

Powrót do poprzedniej relacji: Zambia.

Powrót na początek trasy: Majotta.

 

 

 

 

 

 

Mzungu wśród goryli w Kongo

Dodano: 14-04-2018

 

 Mzungu wśród goryli w Kongo

Tekst i foto: Paweł Krzyk

Szczegóły organizacyjne wyprawy zamieściłem na końcu relacji w informacjach praktycznych.

Zaciekawiany czarnymi górski gorylami, najpierw chciałem pojechać i zobaczyć je z terenu Rwandy. Wiedząc o polskich misjonarzach Marianach w Ruhengerii, poszukałem do nich kontaktu i od księdza Andrzeja Tokarczyka otrzymałem garść pożytecznych informacji, oraz ostrzeżeń na temat sytuacji na pograniczu Ugandy i Rwandy z Demokratyczną Republiką Konga. Serdecznie księdzu dziękuję i żałuję, że nie było nam dane się spotkać. A nie pojechałem do Rwandy za sprawą właśnie informacji od księdza, że drastycznie podniesiono tam ceny za godzinną wycieczkę do goryli w Parku Narodowym Vulkanoes-  aż do dwóch tysięcy amerykańskich dolarów. Dla mnie wariactwo, podważające sens wyjazdu.

Przy okazji szukając potwierdzenia nowej ceny, dotarłem do rwandyjskiego biura turystycznego z  Kigali.  Tam niestety potwierdzono zmianę cen, ale przy okazji podpowiedziano mi możliwość zobaczenia czarnych olbrzymów w Kongu. To spowodowało, że zamówiłem wycieczkę i przesyłając wyłącznie skan paszportu, bez płacenia, pojawiłem się o siódmej rano umówionego dnia kwietniowego, na granicy Ugandy z Demokratyczną Republiką Konga. Do przejścia granicznego w Bunagana, z Kisoro w Ugandzie dojechałem taksówką motocyklową, którą w Ugandzie nazywają boda boda. Na granicy czekał na mnie z wizą Kongijczyk Daniel, mój równolatek. Musieliśmy poczekać na ławeczce przed okienkiem granicznego biura imigracyjnego, aż zrobi się godzina siódma- czas w  Kongo jest przesunięty o jedną godzinę. Przy okazji mamy możność podpatrywania małego ruchu granicznego pomiędzy Ugandą i Kongiem- ludziska przechodzą, pokazując tylko dowody osobiste- dają im jakiś papierek z zygzakiem podpisu i sobie chodzą w obie strony.

A  jest na co popatrzeć, bo to taki ruch graniczny jak na jednym z końców świata. Asfalt na drodze  się kończy i główna droga w Kongu wygląda… jak całkowite bezdroże. Idą sobie  kobiety do Konga z dużymi kopaczkami do prac polowych, w tę samą stronę idzie młody jegomość i niesie na głowie potężną wiązkę cienkich gałązek z podsuszonymi liśćmi:

– to  surowiec do produkcji lokalnego piwa- mówi mi Daniel

W drugą stronę ktoś targa dwa żółte baniaki.

– czyżby tańsze paliwo?- pytam.

– a gdzie tam! To już jest to  piwo- śmieje się mój opiekun.

Co rusz w obie strony kursują taczki z czymś w workach, i obładowane do granic niemożliwości potężne, drewniane hulajnogi.

– Jak to coś się nazywa?- pytam.

– To dosłownie „drewniany skuter”, który  w lokalnym języku Ginande nazywany jest chukudu, a z francuskiego trottinette- informuje Daniel.- Patrz w drugą stronę- z górki na potężnych dwóch workach z ziemniakami usiadł nawet ten cyklista- śmieje się. Proszę, aby mi te nazwy zanotował w oryginalnej pisowni.

– Nigdy nie sądziłem, ze spotkam bardziej oryginalny drewniany pojazd, gdy po raz pierwszy w Australii  pojechałem na drewnianym pierwowzorze roweru. Na  tamtym rowerze jechało się siedząc na siodełku i odpychało od ziemi nogami.

Wesołe pogaduszki ożywił  rowerzysta, który na bagażniku roweru przewoził drewnianą konstrukcję łóżka. I tak sobie plotkujemy. Już kwadrans po siódmej a urzędasa w okienku jak nie ma, tak nie ma.

Nagle każą wszystkim powstać i w pozycji na baczność dwóch policjantów kongijskich wciąga flagę na maszt- rozpoczął się dzień pracy na granicy. I faktycznie po kolejnych piętnastu minutach miałem wstemplowaną wizę i siedziałem jako jedyny turysta w dżipie, którym mieliśmy ruszyć do widocznych stożków górskich. Jestem jedynym białasem i ciągle słyszę jak mantrę powtarzane słowa: mzungu, muzungu, mzungu… Nawet urzędnik na granicy tak mnie tytuował. Te słowa nie miały negatywnego wydźwięku i znaczą w lokalnych językach po  prostu osobę obcego pochodzenia. Ci ludzie próbowali w ten sposób powiedzieć innym kogo zauważyli, lub zwrócić jakoś moją uwagę. Zwykle kończyło się odwróceniem głowy i przyjaznymi kiwuskami. Później na jednym z postojów powiedziano mi, że w lokalnym języku w okolicach Kinszasy występuje jeszcze jedno słowo o podobnym znaczeniu, a mianowicie „mundele”.

Ale po kolei. Wjeżdżam do jednego z najsłynniejszych parków narodowych w całej Afryce. Położony jest na granicy trzech państw- choć w każdym z nich nazywa się inaczej. Jego celem jest zapewnienie maksymalnej ochrony jednemu z ginących gatunków- gorylom górskim. Park został rozsławiony w filmie „Goryle we mgle”, opowiadającym o bojowniczce o prawa goryli– Dian Fossey. Obecnie ich liczebność znowu bardzo spadła w wyniku wojny domowej. Na obszarze, który obejmuje park narodowy znaleziono ropę naftową, jednak dzięki apelowi UNESCO wstrzymano plany dotyczące wydobycia tego surowca.

W drogę ruszyliśmy po drobnych zakupach spożywczych, w towarzystwie wspomnianego Daniela, kierowcy samochody i lokalnego przewodnika. Miasteczko po stronie kongijskiej jest dla mnie bardzo egzotyczne- takie bardziej afrykańskie, a nad nim z tyłu wisi jeden z wulkanicznych szczytów Gór Wirunga.

 

 

Myślę, że poziom opieki sanitarnej i zdrowotnej pokazuje wygląd miejscowej apteki.

-Nie chciałbym tutaj zachorować! 

Napotykani ludzie są  niezwykle przyjaźni i otwarci. Nie wiem kim  z zawodu jest Daniel, ale  jadąc wita się  prawie z wszystkimi i jest przyjmowany niezwykle serdecznie. Jazda początkowo odbywała się po głównej drodze krajowej, będącej nią tylko z nazwy, gdyż faktycznie jechaliśmy straszliwymi wertepami, po których nawet nasz samochód z napędem na cztery kola poruszał się wolno i bardzo ostrożnie.

 

 

Potem skręciliśmy w lewo w stronę Parku Narodowego i stan drogi stał się wielokrotnie gorszy- a jadąc tą główną „krajówką” sądziłem, że nie można jechać pojazdem na czterech kołach po gorszej drodze! W pewnym momencie przestaliśmy rozmawiać, ponieważ głowa telepała się tak mocno, że z ust wydobywał się bełkot zamiast słów. Za to miałem coraz to inne  widoki na kolejne góry i mijane wioski. Po godzinie, gdy już samochód utknął na dobre w potężnych koleinach, wyżłobionych przez strumienie płynące drogą, trzeba było wysiąść i dalej ruszyć na własnych nogach. Zbieramy się jakoś i organizujemy wymarsz w górę. Mijają nas spokojnie, niczym nie poruszone kobiety z potężnymi naręczami pędów trzciny cukrowej na głowach.

 

 

 Następnie godzinne piesze tuptanie z ciężkim oddechem- w moim wykonaniu, wśród pól z wielkimi garbami, chat z patyków  oblepionych ziemią i okrągłych plecionych spichlerzy do przechowywania żywności. Już wyjaśniam. Te garby na polach wykonują, aby umożliwić roślinom wegetację- aby  woda deszczowa mogła spływać  (lub stać) w rowach pomiędzy powyższymi garbatymi grzędami. Napotykani ludzie byli niesamowicie sympatyczni i uśmiechnięci, tak jakby ta „skrzecząca” bieda i strzępiaste ubrania dzieci nie miały żadnego znaczenia. Zwiedziłem prawie wszystkie afrykańskie kraje i w bardzo rzadko obserwowałem takie odizolowanie od świata zewnętrznego.

– Można w takim otoczeniu zrozumieć, jak odbierali swoje wyprawy na Czarny Ląd dawni podróżnicy. Towarzyszy mi ciągle wielogłos „mzungu”.

 

 

W jednej z wioseczek dołączył do mnie i przewodnika policjant w mundurze, a przy wejściu do Parku narodowego jeszcze jeden z maczetą i drugi z karabinem kałasznikowa. Wejście na teren chroniony odbywa się przez furtkę w elektrycznym ogrodzeniu. Ogrodzenie ma trzymać na jednym terenie zwłaszcza bawoły i słonie leśne. Po trzydziestu minutach przeciskania się wąskimi ścieżynkami i torowaniu maczetami drogi, w gęstwinie krzaków i drzew spotykamy jedenastoosobową  rodzinę

 

 

Wszyscy obżerają się bez umiaru liśćmi krzewów, pnączami i drobnymi gałęziami. Co chwila któraś mama wspina się wyżej i swoim ciężarem przyciąga do ziemi co bardziej soczyste młodsze gałązki.

 

 

Jedynie srebrno grzbiety, pan i władca tej gromadki zachowuje umiar i spogląda w moją stronę, niezadowolony prycha i co rusz idzie dalej w gąszcz. Opiekunów pokazało się więcej- doszło kilku strażników z  okolicy. Przy nerwowym zachowaniu małp, wydają charczące pomruki- wyraźnie   powodujące uspokajanie się małp.  Nie opisuje szczegółowo tych goryli, gdyż zrobiłem to w relacji z Ugandy. Wracając z powrotem dowiedziałem się, że w okolicy, którą zwiedziłem, żyje jeszcze jedna, licząca osiemnaście członków grupka małp. Kongijczycy w swojej części wulkanicznej krainy górskich goryli posiadają pięć lokalizacji, do których możliwe jest zaprowadzenie turystów.  Można to zorganizować jako kilkudniową trekkingową wycieczkę. Patrząc na mapę, jest to teren w Górach Wirunga pomiędzy mną na północy Parku Narodowego, do Goma na jego południowym krańcu.

 

 

No cóż, po godzinie skończyło się oglądanie czarnowłosego towarzystwa, wracam niespiesznie z powrotem do samochodu. Sympatyczniej bo w dół. Obejrzałem sobie dokładnie drewniany skuter, którym młody chłopiec przewoził duży wór ziemniaków w dół do  wioski.  Na równym terenie także wsiadał na swoją chukudu  (foto). Jest sobota przed Świętami Wielkanocnymi. U nas dzień świąteczny- pora święconek, a tutaj był to dzień, w którym zrobiono świąteczne spotkania z dziećmi w szkołach wioskowych- chaty z patyków oblepione gliną. Nie mogłem sobie odmówić wspólnego zdjęcia z dzieciakami, zwłaszcza, że lgnęły do mnie- mzungu, mzungu, patrz przyszedł mzungu…, jak do przysłowiowego Ojca Wirgiliusza. To, że poszedłem do dzieci, wzbudziło sensację wśród moich opiekunów oraz powód do fotografowania spotkania i filmowania telefonami. Mam również takie zdjęcie. Zobacz jak wyglądają wiejskie dzieci kongijskie „w świątecznych strojach”. Miałem kilka cukierków, ale powiedzcie mi jak je wyjąć i próbować rozdzielić… Pomyślałem o: ich perspektywach rozwoju, szansie na wykształcenie…, potem o swoich wnuczętach i zamyślony odjechałem na granicę do Ugandy.

 

 

 

Przejście do następnej relacji: Burundi

Przejście na początek trasy: Uganda. Mzungu wśród goryli

 

 

 

Demokratyczna Rep. Konga, informacje praktyczne

Dodano: 14-04-2018

Demokratyczna Rep. Konga, informacje praktyczne  (na kwiecień 2018).

Tekst: Paweł Krzyk

Informacje ogólne:

Kraj duży i niebezpieczny. W rejonie Parku Narodowego Wirunga stan techniczny infrastruktury cywilizacyjnej jest beznadziejny. Stan dróg głównych pozwala wyłącznie na bardzo wolną jazdę samochodami 4WD. Na drogach bocznych szybko utkniesz… Nie do pomyślenia jest poruszanie się bez przewodnika. Różnica czasowa w rejonie PN  nie występuje- czas jest identyczny jak w kraju.

Kiedy jechać?

Najlepszy okres do podróżowania do goryli, to podobnie jak w Ugandzie i Rwandzie dwie pory suche: grudzień-luty oraz czerwiec-lipiec. Ze względu nad wysokość nad poziomem morza temperatury nie są zbyt wysokie – nie przekraczają 30°C. Ja miałem w kwietniu około 20 stopni na plusie i przelotny deszczyk.

Wiza:

Obywatele polscy, potrzebują wizy. Nie  otrzymasz jej na granicy. Wymagane jest szczepienie przeciwko żółtej febrze od cudzoziemców.  Wizę załatwiło mi Biuro  Podróży z Kigali

Wizy do krajów sąsiadujących- nie wiem.

Język urzędowy: francuski. Po angielsku nie miałem problemu, ale też i nie miałem potrzeby  się dogadywać.

Waluta: Obowiązuje frank kongijski (CDF). Nie korzystałem z miejscowych środków płatniczych. Płaciłem USD organizatorowi podróży. Niczego nie kupowałem.  Bo prawdę mówiąc tam nie była co kupić, poza czymś do picia czy jedzenia- a to zapewnił organizator wyjazdu.

Internet i telefony, prąd, wtyczki:

Nie wiem.

Ceny: około 100 USD wiza, organizacja wyjazdu do  goryli: 600 do 700 USD

Jak dojechać do parku narodowego Wirunga?

Najwygodniej drogą lądową z Ugandy  (Bunagana) lub Rwandy (Goma).

Bezpieczeństwo:

obecnie, kraj bardzo niebezpieczny. Silne zagrożenie bandytyzmem i porwaniami obcokrajowców dla okupu. Potwierdzili mi to również polscy misjonarze pracujący w Ruhengerii w Rwandzie. Masowo występuje łapownictwo, zwłaszcza ze strony służb mundurowych. Popatrz na ostrzeżenia naszego MSZ.

W rejonie Parku Narodowego Wirunga, w przypadku korzystania z usług lokalnego organizatora turystyki, wyjazd jest bezpieczny.

Na wyjazd w interior trzeba mieć zezwolenie, również na fotografowanie.

Co do zdrowia: w tym kraju jesteś zagrożony prawie wszystkimi chorobami tropikalnymi. Poziom opieki zdrowotnej jest beznadziejny i w razie problemów pozostaje wyłącznie szybka ewakuacja. O malarii piszę pod Malaria.

Transport i informacje turystyczne:

Infrastruktura drogowa jest bardzo słabo rozwinięta. Wszystko miałem załatwione w ramach wycieczki do goryli. Załatwiłem wycieczkę, jeszcze z kraju przez Internet w Biurze Podróży z Kigali, stolicy Rwandy.

– Brzmi dziwnie prawda: załatwiłem poprzez Rwandę wycieczkę z Ugandy do D. R. Konga. Musiałem przyjechać na granicę Ugandy z Kongiem w Bunagana. Tam na granicy spotkać się z agentem z Konga, który dostarczył  mi wizę kongijską. Po dokonaniu na miejscu opłaty w wysokości  800 USD, wraz z przewodnikiem zabrali mnie do samochodu na całodniową wycieczkę do goryli. (załatwiane przez biuro w Kigali). Sama wiza kosztuje 100 USD.

Udostępniam zainteresowanym za darmo pełny namiar: info@rwandagorillassafari.com

Hotele: nie nocowałem

Przewodniki: nie  szukałem. Wystarczyły mi informacje z Internetu, oraz informacje na miejscu.  

Atrakcje turystyczne: Nie rozpisuję się- patrz relacja z podróży.

 

Powrót do relacji z podróży

 

 

 

Jak dotrzeć do goryli w Afryce?

Dodano: 30-04-2018

Informacje szczegółowe jak dotrzeć do goryli w Afryce w tym w D. R. Konga, znajdziesz TUTAJ

 

Goryle w D. Republice Konga, film z podróży

Dodano: 08-08-2018

Obejrzyj czarne leśne goryle w ich naturalnym środowisku…