Dziennik z trasy

Rady dla początkujących

Djibouti, (Dżibuti)- relacja. Jak zdobyć wizę?

Djibouti (Dżibuti)

Tekst i zdjęcia: Paweł Krzyk

Kilka informacji ogólnych:

-Jak zdobyć wizę: trochę się zmieniło od 2005r. od ostatnich relacji , które przeczytałem w internecie. Wizę, dla mających czas,  najlepiej i najtaniej można otrzymać w Ambasadzie Francji w Warszawie (60 EUR – nie długo, bez pośredników- dla mających znajomych w stolicy. Potwierdzam możliwość otrzymania wiz po przylocie bezpośrednio na lotnisku. Dostaje się ją bardzo szybko, w pokoju obok kontroli paszportowej, bezpośrednio na lotnisku. Cena: 3-dniowa 60 USD, dłuższe 90 USD.

Zezwolenia od policji na poruszanie się po kraju : już niepotrzebne. Nikt tego ode mnie nie wymagał. Na pytanie odpowiedzią było: potrzebuje Pan paszport z ważną wizą.

Koszty zwiedzania: wysokie. Oceniam, że jest to jeden z najdroższych afrykańskich krajów pod względem turystycznym. Najtańsze hotele powyżej 30 USD/zwykły pokój 1 osobowy. Normalna tutaj cena to ok.70-100 USD/dzień. Ceny wyjazdów poza stolicę samochodami osobowymi 4×4: „chore” mówiąc  najprościej. Żądano powyżej 300-360 USD/ dzień wyjazdu na trasę do 200 km/ samochód z kierowcą.

Pieniądze: waluta frank (Djibouti). Kurs wymiany w kantorach w mieście: 1 USD= 175-177F. 1 EUR=220- 225 F. na lotnisku brak punktów wymiany. Jeden z taksówkarzy wymieniał po kursie 1 USD=170 F. Popołudniami w centrum mnóstwo kobiet siedzących obok siebie wzdłuż głównych ulic, zaczepiających potencjalnych klientów ofertami wymiany typu: „czencz many mesje”. Kursy podobne do tych oficjalnych z kantorów.

-Język: francuski i arabski. (angielski taki sobie z wykształconymi…).

Istnieje zagrożenie malarią na terenie całego kraju. Równie ważne jest też nie dopuszczenie do przegrzania organizmu.

Przewodnik i informacje o kraju: korzystałem z Lonely Planet, oraz internetowych relacji kolegów podróżników: Wojtka Dąbrowskiego i Janusza Tichoniuka.

Relacja z podróży

To afrykańskie małe państwo zwiedzam  na przełomie  listopada i grudnia 2012, podczas samotnej podróży, którą nazwałem „Róg Afryki”. Zwiedzam podczas niej: Djibouti, Somalię (Somaliland), Zjednoczone Emiraty Arabskie, oraz jemeński  Archipelag Socotrę. Przyjechałem do stolicy Djibouti Town Etiopskimi Liniami Lotniczymi, przez Frankfurt i Addis Adebę. Miałem przyjemność podróżować nowym Boeingiem B 787 Dreamliner. Samolot nieco wygodniejszy dla pasażera klasy ekonomicznej, ma: większe okna, luźniej rozmieszczone siedzenia i duże ekrany do oglądania programów na pokładzie. Lot minął szybko na leżąco, w niepełnym samolocie. W Rogu Afryki przywitała temperatura pond 30 stopni. Lotnisko oddalone o około 5 km od miasta posiada połączenie z nim tylko taksówkami. Ceny taksówek stałe, wypisane na tablicy przy postoju. Próby negocjacji cenowych były nieskuteczne. Pojechałem do centrum za 12 USD, po drodze wymieniając gotówkę w kantorze. Hotel  Dar Es Salam w afrykańskiej części miasta, okazał się najlepszy: cenowo, i lokalizacją prawie w centrum (5700 F=32 USD/czysty pokój 1 osobowy z klimatyzacją, bez śniadania).

Poszedłem na spacer po mieście. Tutaj dużo osób wyciąga rękę żebraczą do „białasa”. Nie spotkałem innego turysty. Jak rzepy przyczepiają się usłużni nieco gadający po angielsku pomocnicy. Uwaga! Chcą dużo kasy przy pożegnaniu (min.1000F). nie mogłem się opędzić: jeden przylazł za mną nawet do hotelu, i tam dopiero obsługa go pogoniła. Najlepiej od razu uprzejmie lecz stanowczo rezygnować na każda zaczepkę pseudo pomocy. Centrum jest niewielkie podzielone na część europejska i afrykańską. Pomiędzy nimi bazar.

Szukam transportu na wycieczkę do Jeziora Abbe (ok. 190km x2 na 1 lub 2 dni. W agencjach turystycznych m. innymi ATTA w centrum, cena za samochód wynosi 320-360 USD/dzień. Dla mnie nie do przyjęcia. Brak innych turystów i nie ma możliwości podzielenia kosztów. Szukam samochodu z kierowca na własną rękę. Są usłużni pomocnicy, jeden znalazł za 150 USD/dzień, ale następnego dnia kierowca nie przyjechał. Wygląda na to, że ta była francuska kolonia, obecnie od 1977r. niepodległe państwo, jest jednym z najdroższych turystycznie miejsc na świecie. Chciałem początkowo zwiedzić Djibouti razem z sąsiadującą Erytreą. Okazało się to niemożliwe, gdyż brak jest możliwości transportowych bezpośrednio między nimi. Nawet lotniczych- samoloty latają ale przez inne państwa. Powodem są niepokoje między tymi państwami: ostatnie w 2010 r. W mieście zauważyłem mnóstwo stoisk ulicznych, na których leży coś przykryte materiałem typu worek jutowy. Jest to JAD (halucynogenne zielsko, masowo przeżuwane przez tubylców). JAD (Khad-franc.) jest sprzedawany jako zielone pęczki, podobnie jak u nas szczypiorek, czy pietruszka naciowa. Rozbawił mnie też salon fryzjerski.

Transport uliczny to rozklekotane taksówki, oraz będące w jeszcze gorszym stanie busiki z naganiaczami nawołującymi pasażerów. Następnego dnia rano, gdy nie przyjechał samochód na wycieczkę (podobno pośrednik nie znalazł wolnego kierowcy), zmieniłem plan i jadę promem z portu Djibouti Villa do Obock. Przystań ta znajduje się na cyplu . Dojście po sztucznej grobli od strony portu w lewo do końca. Promy kursują jeden raz dziennie, na zmianę do Obock lub Tadjoure (Tadżura). Odpływa o 10.00, dzisiaj do Obock, czas 2,5 godziny , na druga stronę Zatoki Adeńskiej (tylko za 700F). Wspaniała pogoda; słońce i temperatura ok.30 stopniu, przyjemny wiaterek.

Obock leży na samym jej końcu, w pobliżu latarni morskiej, u wylotu Morza Czerwonego do Oceanu Indyjskiego. Na miejscu postój niecałe 2 godziny i o 14.00 prom odpływa w drogę powrotną. Ten czas wystarczył do obejścia głównych uliczek tej ok.8 tysięcznej wsi, z mnóstwem: kóz i sprzedawców… JAD-u.

Około połowy parterowych domostw ma ściany murowane z „byle czego”, a dach z czego się dało. Druga połowa domów jest zbudowana… tylko z byle czego.

Jak poprosiłem wpuszczano mnie do wnętrza i pokazywano gospodarstwo domowe!!! Czułem się jak za czasów… Chrystusa?

Spotkałem staruszka karmiącego kilka kózek kawałkami… tektury. Wzruszony propozycją sfotografowania wziął na kolana wnuczka. Była też budka telefoniczna… z połączeniami międzynarodowymi (zobacz sam) z grupką młódek dżibutyjskich, które koniecznie chciały… foto!

W tej wsi są też restauracje, ale jestem pewny, że 95 % rodaków nie tknęłoby tam… niczego. Menu: na placku indżery, makarony, ostry sos i mięso- wyglądało jak jakieś mięso w małych skrawkach. Indżera to placek, rodzaj dużego naleśnika z teffu, w kolorze beżowo- sinym o konsystencji cienkiej gąbki. Teff jest odmianą zboża uprawianego w Etiopii i w rogu Afryki. Indżera jest kwaskowa w smaku, i wyglądem przypomina… łazienkowy dywanik. Je się ją palcami obrywając jej kawałek, i nim nabierając inne składniki posiłku do ust. Nie miałem okazji spróbować tego specjału tutaj. Na wcześniejszej wyprawie  w Etiopii, i owszem, nawet mi smakowała… z dużą ilością piwa. Jest też w menu ryba. Sporo sklepików, typu… jak niżej.

Jest hotel- ok.50 USD/noc-nie sprawdzałem warunków z braku czasu. Przewodnik Lonely Planet informuje, że w okolicy można pływać i oglądać rafy koralowe. Trafiłem do Obock w porze odpływu. Różnica poziomu wody wynosiła ok. metra. Łódki stały na dnie kilkaset metrów od wody.

Załadunek to cała ceremonia z wyborem tragarzy, i samego przenoszenia towarów na ich plecach. W drodze powrotnej prom wypełniony pasażerami po brzegi: sporo wojskowych. U moich nóg leży malutka kózka próbująca obgryzać paski mojego plecaczka. Przyjrzałem się promowi-okazało się, że ten statek o nazwie Mohamed Bourhan Kassim, jest darem rządu japońskiego z 2009r.

Zauważyłem w Zatoce Adeńskiej oraz w porcie Djibouti, oprócz normalnych raczej starawych statków, małe okrety  wojskowe pod banderą amerykańską, francuską i brytyjską. Przypomniałem sobie, że ten rejon jest patrolowany przez siły międzynarodowe, w akcjach przeciwko piratom somalijskim.

Wracając spacerem z portu do hotelu po drodze podziwiałem rybaka łowiącego siecią,  stojącego powyżej pasa w wodzie, z koszami na ryby pływającymi na styropianie obok niego. Miał obok ptasich konkurentów.

Aby sprawdzić możliwości transportowe publiczne pojechałem busikiem (za 200F) na przedmieście do Arhiby. Dowiedziałem się, że możliwości są raczej mizerne, aby pojechać gdzieś dalej. Zwykle jest to jeden bus na dzień, bez powrotu tego samego dnia. Sama Arhiba i boczna ulica-miejsce skąd odjeżdżają te pozamiejskie pojazdy, wygląda jak na zdjęciu niżej: śmierdzi, dość głęboka breja w kolorze zielonym, na prawie całej szerokości ulicy. Gdyby nie kamienie nie byłoby jak tam przejść. Ten domek z tektury i … czegoś , stojący na ulicy, zamieszkiwała wielopokoleniowa rodzina.

Trzeci dzień w Djibouti poświeciłem na wyjazd znowu promem do Tadjoury (Tadżury), na drugą stronę Zatoki Adeńskiej (nieco bliżej niż do Obock). Ten sam prom dzisiaj tam wypływa o godz. 12.00 (cena 700 F/1 strona). Czas 1godz. 45 mniut,  postój na miejscu niecała godzina. Tadjoura to wioska rybacka niewiele różniąca się zabudową od Obock. W jej pobliżu znajdują się Góry Goda. Jechać w góry można jednak tylko samochodem 4×4. Dominuje w tym gorącym klimacie kolor beżowy.Tłum ciekawskich na przystani.

A co dominuje na wszystkich straganach: to zielsko JAD. Chyba promem przyjechała świeża dostawa, bo puste stragany nagle zostały otoczone tłumem mężczyzn wybierających zielone pęczki… Jakoś tak wszyscy są chętni… pomagać swoim kobietom w zakupie warzyw…!!! No… nie ma się co dziwić, jutro piątek- czyli tutejszy dzień świąteczny (Djibouti to kraj muzułmański). Wokół barwny tłum tylko ciemnoskórych kobiet i mężczyzn ( z wyjątkiem mojej osoby).

Wszedłem do jednej z restauracji i jeszcze szybciej wyszedłem… Każdy sklepik reklamuje rozmowy telefoniczne i międzynarodowe, pomimo tego że każdy tutaj chodzi z komórką (może historyczne napisy?). Jest hotel w odległości jednego km (8-10 tysięcy franków/pokój). Duża ciężarówka rozwozi chętnych po okolicy.

Kawę, herbatę, także z mlekiem serwują uliczne, jak nazwać: deskę do siedzenia, i kogoś polewającego to coś, do mini filiżanek z termosów? A ten samochód niżej na zdjęciu, trzymają w kupie te sznurki i gumy. Stojąca obok koza próbowała je skubać. Wychodzi na to, że postawił „ gościu auto” i koza mu je zjadła…

Przyjechałem w czwartek, w niesamowicie przepełnionym promie, uczniami wracającymi na weekend do domów. Z powrotem było pustawo na pokładzie pasażerskim. Ciekawym zwyczajem na promie jest rzucanie śmieci na podłogę, mimo koszy z segregacją odpadów. Są na podłodze przede wszystkim łodygi po JAD, ale i wszystko inne wraz z petami. Zauważyłem ojca strofującego zachowanie dzieci, ale jak rozpakował dla nich ciasteczka, to opakowanie po nich i napoju mlecznym, cisnął pod nogi. Ot, taki zwyczaj…

Wieczorem skusiłem sie w popularnej restauracji przy ulicznej, obok hotelu na warzywa z bagietką (groch + drobno posiekane warzywa, w gęstym sosie na talerzu). Specjał ten jest mieszanką dwóch potraw: hariot i fulle. Do tego posiekana cebula z ostrą papryką i przyprawy. Sięga się  po ten gęsty gulasz kawałkami bagietki. Talerz aluminiowy… ale myją w przepływającej z kranu wodzie (sprawdziłem). Zwykle tylko płuczą naczynia w wiadrze lub misce!!!  Smaczne (5 zł). Nie wspomnę o tym, że dobrze jest siedzieć pod wentylatorem- odgania setki much. Mnie przypomniała się polska komedia z przybitymi do stołu talerzami. Tu łyżek nie musieliby przypinać łańcuchami, bo je się palcami!!!

Ciągu dalszego relacji szukaj w: Pustynie, depresje, wulkany.

Zapraszam już niedługo do sklepu po film z tej wyprawy.


Skomentuj

Dodaj nowy komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *