Dziennik z trasy

Rady dla początkujących

Turcja Wschodnia, relacja z podróży.

Turcja Wschodnia: Dagubayazit, Wan, Diyarkabir.

Tekst i zdjęcia: Paweł Krzyk

Turcję Wschodnią  zwiedzam podczas długiej podróży, która nazwałem: „Zakaukazie i okoliczny Jedwabny Szlak”,  w październiku  2012 roku. Wcześniejszą relację znajdziesz tutaj: Z Kaszan do Turcji.Wjechałem do Turcji z Iranu przejściem granicznym w  Bazargan. Przechodziłem granicę piechotą. Na granicy bez problemów otrzymałem wizę turecką . Podałem w małym okienku paszport i 20 USD. Policjant w budce wkleił znaczek wizy w paszport, i już mogłem wymienić co nieco pieniążków u dżentelmena tureckiego, chodzącego a mną i natarczywie namawiającego  do wymiany (1 USD=1,75 Lira, oficjalny był 1,79). Około 200 m. dalej za szlabanem wsiadłem w dolmusza (mini Wan) i za pół godziny byłem w Dagubayazit (2,7 USD-38 km). Uczynny kierowca podwozi trochę po wysadzeniu pasażerów (4-ch chłopa w moim i starszym wieku), i pokazuje hotel: o tam prosto i w lewo… , oczywiście uniwersalnym językiem migowym . On mówił po kurdyjsku, ja po angielsku, ale nazwę hotelu z przewodnika rozumieliśmy obaj… Za trochę spaceru mam pokój w Hotelu Erzurum, Dr Ismail Besikci Cad (11,5 USD/ pokój 2 osobowy). Ulica z hotelem jest deptakiem spacerowym w centrum tego  35- tysięcznego  przygranicznego  miasteczka. Jestem we Wschodniej Anatolii , regionie odmiennym od zachodnich części Turcji. To Turcja z autentyczną atmosferą dalekiego pełnego kontrastów Orientu. Przez te regiony od niepamiętnych czasów przewalały się armie najstarszych cywilizacji Bliskiego Wschodu. Potem byli Rzymianie, Partowie, Persowie, Bizancjum, Seldżucy, Artukidzi, Mongołowie , Arabowie i w końcu Osmanowie. Mieszkają tutaj przede wszystkim Kurdowie, ale i inne nacje. W ostatnich latach po zakończeniu działań terrorystycznych przez PKK, nastał okres przyjazny turystyce. Nie potrzeba już specjalnych zezwoleń aby tutaj wjechać ( jeszcze nie dawno były niezbędne). Ale  koniec z historią w tej relacji. Wracam do spaceru po mieście, i do tego co można zobaczyć?  Miasto leży u podnóży  Góry Ararat. Stąd organizowane są na nią wyprawy. Trzeba specjalnego zezwolenia na trekking. Występuje się o nie z 1-2 miesięcznym wyprzedzeniem. Można to uczynić przez Internet za pośrednictwem jednego z biur turystycznych . Trekking jest oferowany jako  2 i 3 dniowy. Jest piękna pogoda i doskonała widoczność. Widoki Araratu towarzyszą mi już od rejonu  granicy. Doskonale widoczne są oba szczyty legendarnej góry: Wielki Ararat, oraz mały Ararat (odpowiednio: 5137, oraz 3925 m n.p.m.)

Spaceruję i kosztuję na kolację tutejszego przysmaku: rodzaj placka z mięsem (też z serem). Szukałem piwa ale nie znalazłem. W zachodzącym słońcu widzę na końcu ulicy jedyny zabytek wspaniały Pałac Ishak Paszy Sarayi.

Rankiem poszedłem go zwiedzić (wstęp 2,7 USD). Znajduje się na wzniesieniu nad miastem. Po drodze mijam turecką bazę wojskową. Uczynny kierowca busa podrzuca mnie na górę. Ten XVIII wieczny zabytek jest ciągle w  restauracji po zniszczeniach z początku XX wieku. Jest otoczony murem obronnym. Wewnętrzny strzelisty minaret i otoczenie wspaniałą panoramą górską nadaje mu baśniowego charakteru. Wygląda jak z Baśni 1001 nocy. Wewnętrzne dwa dziedzińce, wspaniała sala powitań, ozdobne wejścia dodają mu uroku. Mądra rekonstrukcja pomimo nowoczesnych rozwiązań nie szpeci. Obok za pałacem nieco wyżej znajduje się XV wieczny Meczet oraz ruiny Twierdzy.

Z powrotem wracam dolmuszem (ok.7 km/1,2 USD). Biorę plecak i idę na drugi koniec mojego deptaka na przystanek busów do Van. O godzinie 12.00 odjazd (11,7 USD,ok.180 km,2,5g jazdy). Przed nim idę na spacerek na pobliski bazarek po cos do picia. Spędzam pół godzinyprzy herbatce  na zaproszenie Achmeda i Mechmeda. Nieźle do niej smakują kupione przeze mnie podsuszone figi. W drodze do Van niesamowite oświetlenie i widoczny w oddali Ararat na tle innych wzniesień. Mój Hotel  Szehrivan znajduje się w centrum Van przy Sihke Cad ( 14,6 USD/1 osob.) Jedynym zabytkiem w tym ok. 400 tysięcznym mieście jest twierdza, z której rozciąga się panorama miasta. Drugim miejscem godnym odwiedzenia  jest znajdująca się na będącym w pobliżu jeziorze Van wyspa Akdamar. Wybieram się tam jutro.

Jest już 15 października. Mam nieco czasu wiec postanowiłem zwiedzić Akdamar tanio. Po 7-j wyszedłem z hotelu na bliski terminal mini busów. Jest obok skrzyżowania z pomnikiem z rybami. Tam siedzę w busiku i nic się nie dzieje. Podchodzi starszy Kurd i zaprasza na śniadanie do knajpki obok. Jestem po śniadaniu w hotelu, ale co mi tam, ogrzeję sobie nos  herbatą,bo nieco chłodnawo choć słonecznie. Razem z kierowcą busa ciepły placek chlebka popijam „czajem” . Zapraszający gospodarz okazał się właścicielem busa, i za pół godziny kasuje moje 2,2 USD za bilet do Gevas (44 km- 50 minut). W miasteczku Gevas przesiadam się na następnego busa,  i za 6km ( 0,6 USD) jestem na przystani łodzi wycieczkowych na wyspę Akdamar. Wyspa jest oddalona o 4 km od brzegu (bilet w obie strony za  6,7USD). Na wyspie zwiedza się kościół chrześcijański  ormiański  Św. Krzyża z X wieku. Jest to pozostałość po klasztorze, wybudowanym przez króla dawnego państewka  Vaspurakan Gapika I. Klasztor był przez kilka wieków siedzibą katolikosa- patriarchy kościoła ormiańskiego.

Restaurację kościoła zakończono w 2006 r. Kościół posiada płaskorzeźby zdobień zewnętrznych i nieco wyblakłe malunki naścienne wewnątrz. Szczególnie wspaniałe są płaskorzeźby zewnętrzne z motywami  biblijnymi, oraz ornamenty roślinne i zwierzęce. Z wyspy roztacza się rozległy widok na okoliczne góry.

Wracam także minibusami i jestem w południe  w Van. Szukam autobusu nocnego do następnego miasta na mojej trasie: Diyarkabir. Znalazłem w biurze firmy autobusowej w pobliżu skrzyżowania z rybami: trasa ma 328 km , 7 g. jazdy, za 11 USD. Pół godziny wcześniej zabierają pasażerów z biura w centrum, na nieco oddalony od niego dworzec  autobusowy (otogar). W okolicy Van można jeszcze zwiedzić  Zamek Hosap (55 km, odpuściłem). Ogląda się go wyłącznie z zewnątrz, gdyż nie jest udostępniony  zwiedzającym. Opuszczam to szybko rozbudowujące się miasto, w który co krok spotykałem w centrum kawiarenkę internetową, ale i ulicznych sprzedawców papierosów (również na sztuki). Wydawać  by się mogło, że ta kraina- Anatolia: gdzieś tam daleko w Azji Mniejszej, gdzie leży ten Ararat?, w jakim kraju?… (dużo by można jeszcze takich potocznych pytań), jest krainą… gdzie jeździ się na osiołkach. Nic bardziej błędnego. Tutaj jest zwyczajne nowoczesne miasto w stylu prawie europejskim. Patrzeć tylko  trzeba pod nogi  idąc chodnikiem, aby czegoś sobie nie złamać, lub nie spaść z wysokiego na ok. 30  cm krawężnika. A, zapomniałbym, spotkałem fachowca elektronika, który naprawił mi nierozbieralny akumulatorek kamery za śmieszne grosiki. Rozciął, polutował i skleił z powrotem (150 USD zostało w kieszeni). U nas odpowiedź jest jedna: takie rzeczy proszę Pana  się nie naprawia, tylko wymienia! Faktem jest także to, że nie widzę innych turystów obcokrajowców, lub niezwykle rzadko. Dotychczas spotkałem tylko  parę Francuzów. O 5-tej rano 16 października jestem na skraju miasta Diyarbakir. Dworzec  autobusowy  Yeni Otgar jest w odległości ok. 8 km od centrum tego ponad 600 tysięcznego miasta. Czekam aż się rozwidni i po siódmej dojeżdżam dolmuszem (0,8 USD) do centrum miasta na ulicę Kibrisi Cad. Wybieram Hotel Malkoc (19,3 USD/pokój 2 os.). Ta ulica to praktycznie same hotele, niestety w takiej i wyższej cenie. Miasto jest stare  i posiada  historię sięgającą aż 2000 tysięcy lat p.n.e. Leży w dolinie rzeki Tygrys. Znajdowało się na Jedwabnym Szlaku. Było potężną twierdzą noszącą dawniej nazwę Amidy Obecnie nieoficjalnie  nazywane jest  stolicą Kurdystanu. Turcy nie lubią tego określenia, gdyż nie tak dawno było areną walk pomiędzy PKK (Partia Pracujących Kurdystanu), a turecką armią. Duże miasto, ale z atmosferą prowincjonalną. Bardzo sympatyczne miejsce do zwiedzania. Bardzo dużo zabytków w większości z okolic XVI wieku. Potraktowałem ten dzień wypoczynkowo, a mogłem to zrobić gdyż około  90 % zabytków mieści się na starym mieście, otoczonym wysokim bazaltowym  murem obronnym. Wszystkie odwiedzone miejsca miałem w odległości przyjemnego spacerku brukowanymi uliczkami, gdzie byłem chyba jedynym turystą obcokrajowcem. Budziłem duże zainteresowanie i cieszyłem się chyba sympatią, gdyż nieustannie byłem zapraszany na czaj i to co zapraszający miał do niego. Zwiedzanie rozpocząłem od XI wiecznych murów obronnych, którą wybudowano na fundamentach umocnień rzymskich i bizantyjskich. Owal murów ma średnice ok. 1,6 x 1,1 km, z obwodem sięgającym 6 km . Mury posiadają 4 główne bramy i 72 obronne wieże.

Na narożniku od strony rzeki Tygrys, znajduje się na 40 metrowym wzniesieniu Twierdza (Ic Kale), obecnie remontowana. Niewiele w niej do zobaczenia poza wspaniałym widokiem na zieloną dolinę rzeki. Można by opisać co tutaj się mieści (pałac, kościół, meczet, muzeum…), ale zostawiam to do przeczytania w przewodniku np. „Turcja” Witolda Korsaka z „Pascala” (ja z niego korzystam), lub innych. Wewnątrz twierdzy obserwowałem normalne życie mieszkańców, chociaż ich domów jest coraz mniej.

Spacer kontynuowałem wzdłuż murów to z jednej to z drugiej strony, w kierunku dużej bramy Urfa Kapisi  (Brama Rzymska). Można w tym miejscu wspiąć się na wierzchołek mury i kontynuować spacer górą murów. Po drodze na środku placu ( na zewnątrz murów-jedyny plac) odwiedziłem informację turystyczną, która oferuje dokładną mapkę i przewodnik książkowy po angielsku (bez opłat). Idąc wolnym spacerkiem (bo tu wszędzie jest blisko i praktycznie w zasięgu wzroku- minarety)znalazłem biuro  turystyczne w którym kupiłem bilet na jutro do Sanliurfa (8.00, czas jazdy 3 g. koszt 11 USD, bez transferu  do terminalu busów). Idąc dalej w głąb starego miasta co kilkaset kroków mam meczet…

Podobają mi się ludzie, a ja im chyba jeszcze bardziej. Jestem nieustannie zaczepiany i nagabywany jak nie przez dorosłych mężczyzn to przez chmary dzieciaków: many, many, hallo… To chyba jakaś nowa melodia…? Sympatyczne ale trochę męczące. Pozytywne było także to, ze pozbyłem się całości słodyczy, które miałem ze sobą. Spotykam ciekawe zwyczaje: sprzedawca herbaty kursujący po okolicy z szklaneczkami i cukrem, sprzedawca napojów obwieszony przyborami i dzwoniący specjalnymi dzwoneczkami, handlarze przedziwnymi towarami jak papierosy na sztuki itd.

Po sjeście (a tak, poleżałem sobie- super zwyczaj, podoba mi się), polazłem jeszcze do Bramy Mardin. Odwiedziłem dawny karawanseraj, obecnie hotel (nocleg 70 USD/2 os.), po drodze będąc w pobliżu rezydencji Cami Paszy (remont niedostępna). Urocze wąskie  uliczki ze starymi domostwami i zwyczajnym życiem mieszkańców.

Jutro rano odjeżdżam do Sanliurfy. Szukaj następnej relacji w: Turcja południowo- wschodnia.

 

 

 

Skomentuj

Dodaj nowy komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *