Dziennik z trasy

Rady dla początkujących

Iran: Z Kashan do Turcji, relacja z wyprawy

Z Kashan do Turcji: Abjone, Kom, Tabriz, Kondowan…

Tekst i zdjęcia: Paweł Krzyk

Iran  zwiedzam podczas długiej podróży, która nazwałem: „Zakaukazie i okoliczny Jedwabny Szlak”,  w październiku  2012 roku. Wcześniejszą relację znajdziesz tutaj: Z Pustyni Kalut do starożytnej Persji: Sziraz, Persepolis, Isfahan …  Kashan jest dobrym miejscem do odrobiny odpoczynku na trasie, i tak też pobyt w nim traktuję. Przyjechałem do niego autobusem ok.14-j z Isfahanu . Po zrobieniu rozeznania na dworcu autobusowym znalazłem Hostel na ul Abazar w pobliżu bazaru (taxi 2x za 0,7 USD+ hostel  za  8 USD/pokój 3 osobowy). Hotele obok znacznie droższe. W tym niewielkim sympatycznym miasteczku nie ma zbyt  dużej ilości super zabytków. Zacząłem zwiedzanie od długaśnego  bazaru   na ulicy bez odgałęzień. Nie udało mi się znaleźć wejścia na dach bazaru (widoki). Zajrzałem  do  Meczetu Aga Bozorg, w którym można zobaczyć również życie w szkole koranicznej. Znajduje się w tym meczecie na niższej kondygnacji . Także  jak zwykle w Iranie są inne mniejsze świątynie.

Kaszan znajduje się w gorącym pustynnym klimacie i posiada stare domostwa z „łapaczami wiatru”. Stare domy budowano tu z cegieł, z niewypalanej gliny zmieszanej ze słomą. Miasto ma w ten sposób kolory w różnych odcieniach beżów. Zadbano również o zabytkowe budowle nie religijne. Można zwiedzić kilka XIX wiecznych  dobrze zachowanych, odnowionych domów mieszkalnych. Zdążyłem przed zapadnięciem zmroku zwiedzić  jeden: Tobatabaei (wstęp 0.67 USD). Jest to duży „domek – nie wiem ilu rodzinny”,  z 5-ma wewnętrznymi dziedzińcami  i  pięknymi zdobieniami. Gdybym spotkał się z nazwą pałac … uwierzyłbym. Najciekawszymi  innymi  historycznymi domami są jeszcze dwa: Americh oraz Borujerdi. Wszystkie te domy, oraz zabytkowa łaźnia Sułtana Mir Achmada,  znajdują się w pobliżu siebie. Wokół mnóstwo wieżyczek „łapaczy wiatru- dawnej klimatyzacji”,  o różnej wielkości  i różnych  kształtach.

Zdołałem umówić taxi na jutro na wyjazd do jednej z najpiękniejszych wiosek irańskich Abyaneh (Abjone), będącej w odległości 90 km od Kaszanu  (w stronę Isfahanu). Zbliża się powoli wieczór i daje o sobie znać położenie Keszanu w pustynnym rejonie Iranu. Zaczyna wiać, robi się zaduch- wygląda na to że zbliża się burza piaskowa. Wraz z innym turystą z Ukrainy,  jutro rankiem jedziemy na 4 godzinna wycieczkę za 5 USD/osobę. Nieźle- ciekaw jestem ile by to wyniosło taksówką polską (my mamy 180km w taxi za 33 PLN).  Rankiem nie ma śladu po wietrze, słońce i przyjemna pogoda. Po drodze do Abjone przez pustynne skaliste krajobrazy, kilkadziesiąt kilometrów od Natan mijamy dziwne obiekty schowane w dolince za górką. Wokół posterunki wojskowe przy bateriach działek przeciwlotniczych. Zanim zapytałem kierowcę on sam z tajemniczą miną mówi: baza wojskowa z irańską bronią jądrową?!  A te działa to do obrony przed amerykańskimi samolotami. Kilka kilometrów dalej znowu radary i kolejne działka z żołnierzami przy nich. Spojrzeliśmy z Ukraińcem po sobie i schowaliśmy do toreb aparaty foto. Po ponad godzinie jazdy już w górach mijamy male wioski wyglądające jak zielone oazy w pustynnym górzystym  krajobrazie. Wioska Abjone, dawni ej wieś obronna ukryta na zboczach góry Karkas,  jest zbudowana z czerwonej gliny.

Przed Abjone zbudowano 2 hotele, widać  że miejsce to robi się popularne turystycznie. Samochód zatrzymuje się przed szlabanem : obowiązuje  bilet wjazdowy samochodem do wioski (0,3 USD). Kierowca jednak nie płaci: to mój znajomy, mówi… Cała wioska jest labiryntem zmyślnych uliczek, a niektóre dachy domostw  bywają  podłogami innych  domów. Sklepik z pamiątkami i wyrobami ogólnie potrzebnymi…

Mieszkańców 5 tysięcy ale nie widać młodszej części tej społeczności. Pracują w miastach, a na uliczkach widziałem w większości starsze kobiety we wzorzystych jasnych,  bardzo dużych  chustach na głowie. Nie jest to bogata społeczność, sprzedają wyroby rękodzielnicze, i  produkty z ogródków.

Po powrocie taksówką (0,6 USD) do dworca i o 13-j odjeżdżam do Qhom (100 km, 1,15 g. , VIP za 1 USD). W Qhom kupuje bilet do Hamadan i szukam hotelu (taxi do centrum 1 USD). Sporo hoteli ale ceny  dostępnych miejsc do spania ,zaczynają się powyżej 20 kilku USD. Zostawiam plecak w jednym z hoteli i idę zobaczyć to drugie po Meszhedzie święte miasto szyitów irańskich. To także kolejne miejsce pielgrzymkowe. Wszystkie najważniejsze budowle zlokalizowano w samym centrum. Najważniejsze jest Mauzoleum Fatimy, siostry Imama Rezy  (Meszhed). Kilka świątyń  na jednym bardzo dużym terenie. Studiował tu Chomeini, i miasto jest miejscem studiów szyickich. Widać na ulicy wielu duchownych z różnych krajów muzułmańskich (różne stroje i turbany na głowach). Pod placem przebiega droga, wokół mnóstwo ludzi, niektórzy biwakujący na placu, przy drodze… Wchodzę do środka z małym plecaczkiem i kamerą filmową.  Czy muszę zostawić cos w depozycie? Filmowanie?- foto? –Nie ma problemu, słyszę od strażników. Oczywiście obowiązują surowe zasady ubierania się: mężczyźni- długie spodnie i rękawy, kobiety czador i zasłonięte włosy. Jestem pod wieczór. Wewnątrz na głównym dziedzińcu tłumy: ciemno od kobiecych strojów w „jedynie słusznym czarnym kolorze”, no prawie, inne tez się zdarzają, ale wszystkie ciemne i zasłaniające szczelnie,  w gruszkowaty sposób  kobiece wdzięki. Na głównym dziedzińcu  właśnie rozwijane są dywany modlitewne. Filmowałem i fotografowałem  na nim (nie przeszkadzając w modlitwach), nie tylko ja ale i inne osoby z grona pielgrzymów. Wewnątrz dekoracje lustrzane. Grób Fatimy mieści się pod złotą kopułą. Obok jest w budowie kolejny ogromny meczet (chyba rywalizują z Maszhed).

Po 3-ch godzinach wracam do hotelu i postanawiam skrócić  pobyt w Qhom (Kom) i wyjechać  w nocy dalej. Na dworcu nie ma niestety autobusów do Hamadan, więc zmieniam bilet i trasę . Ruszam o 19-j (4,5 USD)  i po ponad 11 godzinach: witaj Tabriz. Poruszam się cały czas po Jedwabnym Szlaku. Biegł tutaj i dalej w stronę Anatolii i Morza Czarnego. Zimą trudny, ale latem najkrótszy lądem do Konstantynopol a i Włoch. Na dworcu jestem w piątek, a to w Iranie dzień wolny od pracy, więc czekam aż ktoś przyjdzie do pracy w potrzebnym mi okienku. Robie w wolnej chwili notatki i plan jazdy do Turcji. Około 9-tej wiem, że nie mam bezpośredniego autobusu. Okazuje się że musze jechać z dwoma przesiadkami w : Maku i Bazargan (granica z Turcją), do Dagubayazit w Turcji. Mam bilet  do Maku (1 USD), taksówką jadę do centrum (1,3 USD), i mam pokój w Hotelu Mashhad (4,5 USD). Chcę rozpocząć zwiedzanie Tabriz i okolicy od wyjazdu do Kandovan. Ze spotkanymi w hotelu młodymi turystami samotnikami z Australii i Malezji, wynajmujemy taksówkę, i po 50 minutach jesteśmy na miejscu, (40 km, 2,3 USD/osobę). Tak się nam to miejsce podoba , że jesteśmy na miejscu ponad 2,5 godziny. Atrakcją tej niewielkiej wioski  są  wydrążone w zboczu skalnym,  niezwykłe domy , w których jak przed setkami lat nadal żyją ludzie. Na pierwszy rzut oka wniosek oczywisty: jak w tureckiej Kapadocji.

W piątek- dzień wolny, mnóstwo tu piknikujących i zwiedzających mieszkańców Tabriz. Kandovan dla tej ponad półtoramilionowej aglomeracji miejskiej jest popularnym miejscem odpoczynkowym. Spokojne miejsce, osiołki, i dzisiaj nie do końca wiadomo: kto jest mieszkańcem a kto turystą z okolicy. Spaceruję dróżkami po tym niezwykłym miejscu zamieszkania i nie zawsze wiem, czy przypadkiem nie chodzę komuś po dachu. Niektóre domy- a właściwie komory, prostopadłościenne  jamy wykute w skale są połączone z sobą  drewnianymi pomostami . Robi to spore wrażenie i pomyślałem sobie, że gdyby tak usunąć te przewody elektryczne i podobne materiały, to jaki to mógłby być wiek? Czasy Chrystusa z Nazaretu …  (te osiołki i stajenka w Betlejem, jako tak same się skojarzyły)? Zajrzałem do domu, przy którym wisi to pranie na zdjęciu niżej, z prośbą o możliwość zobaczenia mieszkania. Zdania pań będących w domu były podzielone, więc wyszedłem, ale przy okazji zobaczyłem  w jaki sposób to pranie się odbywało. Młodsza gospodyni w wanience deptała po nim nogami, ot taka pralka…

Malezyjczyk chce tu przespać noc w hostelu, w pokoju wykutym w skale. Pokój jest 6 osobowy za 25 USD/ osobę- to dla niego za dużo. Zaglądam wszędzie, szukamy z Australijczykiem:  kartek pocztowych, oryginalnych pamiątek. A spotykamy: made In China, owoce, plastry miodu, kilimki, duże foto, wspomniane osiołki  i  tłum miejscowych takich jak my turystów.

Jeszcze tylko mały obiadek: ryż, mięsko mielone, czerwona cebula, chlebek i „czaj” (za 1,7 USD), na stole po turecku.

Powrót także taxi. Zadowolony z tej sielankowej wycieczki kłaniam się swoim czytelnikom.

Późnym popołudniem wyskoczyłem z hotelu na trochę, aby zobaczyć będące w zasięgu krótkiego spaceru główne zabytki  Tabriz. Miasto było tez stolicą (czasy Safawidów), lecz sąsiedztwo spowodowało jej przeniesienie coraz dalej (Kazwin, Isfahan). Miasto było najeżdżane także przez Rosjan,  a i trzęsienia ziemi spowodowały zniszczenia. Klimat również jak mówią potocznie „daje popalić”: lato bardzo upalne, i długo śnieg zimą. Ludność ma związki z sąsiadami wokół. Zobaczyłem XV wieczny Błękitny Meczet, kiedyś arcydzieło Mongołów, które po trzęsieniu ziemi w 1779r. legło w gruzach na następne 180 lat. Nadal obecnie jest w odbudowie. Obok jest Muzeum Archeologiczne.  Patrzę z zewnątrz na resztki także XV cytadeli.

Wracam do hotelu bo coraz gęściej kropi. Wreszcie mam trochę czasu na : porządek w plecaku, notatki i uporządkowanie zdjęć. Rano ruszam w  tutejszy gigantyczny labirynt bazaru. Po 10-j odjazd do Maku i na granicę Iranu z Turcją. W drodze przy pięknej pogodzie autobus jedzie szerokimi i węższymi dolinami z górami wokół. Niektóre już ośnieżone. Wioski z jesiennymi polami po ściętych słonecznikach. Te rżyska wyglądają jak łóżka fakira giganta. Na dachach domów poukładana słoma. W Maku przesiadam się do taxi zbiorczej (1 USD),  i za kilka minut te 20 parę kilometrów mija i jest granica w Bazargan. Na granicy irańsko- tureckiej odprawiają  mnie szybko. Kupuję wizę turecka za 20 USD-podaje tylko kasę  przez okienko nie wypisując niczego. W ten sposób kończę moje 12 dni objazdu Iranu. Nie ukrywam że trochę się już  stęskniłem za alkoholowym drinkiem. Rozumiem  dlaczego po tureckiej stronie jest strefa wolnocłowa z alkoholami, i … bar z piwem. Dalszego ciągu relacji szukaj w : Turcja wschodnia.

 

 

Skomentuj